piątek, maja 25, 2012
Megamiasta
Socjologie...
Książka francuskiego badacza poświęcona chorobom psychicznym.
- Powstanie i rozwój socjologii chorób psychicznych
- Zagadnienia metody
- Wstęp do socjologii chorób psychicznych
- Od ekologii do badania zbiorowości
- Psychiatria społeczeństwa globalnego: od zawodów i klas społecznych do społeczeństwa przemysłowego
- Psychiatria grup społecznych: grupy religijne
- Psychiatria grup społecznych: grupy etniczne
- Psychiatria grup społecznych: grupa rodzinna
- U kresu drogi
- Chory i społeczeństwo
- Świat psychozy
A jakby napisać taką książkę: "Socjologia sadomasochizmu"?
Z cyklu notatki
Eksperymenty z wyklejanymi notatnikami
środa, kwietnia 25, 2012
Sny
środa, października 26, 2011
Jedna myśl
czwartek, września 29, 2011
Prajna-Paramita
wtorek, sierpnia 30, 2011
W naszym milenijnym roku A.D. MM, z jego głębokim sensem końca i początku w każdej sferze, łuk sztuki, jaką znaliśmy wydaje się układać pod horyzontem historycznym, i pytanie o nową sztukę(i) podnosi głowę najczęściej pod płaszczykiem owego podchwytliwego terminu "media".Warren Niesłuchowski
Ale kwestia ars nova, ktora jest kwestią re-formowania modernizmu w tworzeniu sztuki, jej techne i poetyki, gwałtownie zawróciła całość, ten nexus rywalizujących tradycji nazywanych beztrosko "zachodnimi" - przez długość Medium Aevum i Rok 1000, ku początkom ery klasycznej i jej zenitowi (bądź nadirowi) w Roku 0, ku wzniesieniu (bądź nadirze?) wielkiego grecko-romańskiego systemu świata (i naszej pierwszej kultury globalnej), wprowadzonej przez Aleksandra, trwającej pod rzymskim imperium i w następującym po nim chrześcijaństwie.
Szczęśliwie Marshall McLuhan zapoczątkował swoją obrazoburczą pracę pół wieku temu bliskim odczytaniem, poprzez optykę klasycznej poetyki, pisarstwa najbardziej "modern" w renesansie, broniąc poszukiwań ars grammatica przeciw dialektykom. M.M. przedstawił "medium", jako przedłużenie(przeciągnięcie) ludzkiej zmysłowości, najlepiej, pasażem od wizualnej do akustycznej przestrzeni w erze elektronicznej.
Będziemy rewidować owo dochodzenie w sprawie sztuki i jej aisthesis (łacińskie sensus), począwszy od obecnie nadmiernie rozszerzonej sztuki współczesnej, której instytucje i estetyka są coraz częściej charakteryzowane przez compositio, poprzez średniowieczną ars sacra radykalnie nawróconą ze złej drogi, krużgankami ku prekursorstwu naszej "prywatnej sztuki", do kanonizacji estetyki w kodeksie, wielkiej społecznej technologii Roku 0, ciągle jeszcze zachowującej kulturę Słowa i, co okrutnie ironiczne, do rozpowszechnienia nowych wizualnych form sztuki.
Ta retro - perspektywa będzie dowodzić, że zwracamy się (do tyłu?) w stronę nowego wieku "powszechnego obrazu" - już nie świętego lecz świeckiego - zamkniętego, jak w przeszłości , w brzemiennym w skutkach, jeśli nie śmiertelnym uścisku wraz z przemyślną teorią, której implikacje zawsze są troszkę, zdaje się, poza nami. Podczas, kiedy usiłujemy szkolić sensus communis odpowiednio do młodocianego wieku naszej Atlantydy, rozumienie M.M. zachowuje nieprzerwaną witalność: antiquitas saeculi inventus mundi.
niedziela, czerwca 26, 2011
Z cyklu miejskie wędrówki
Szedłem.
Najpierw przez podziemne korytarze głównego dworca potem już chodnikiem na powierzchni miasta. Przechodząc główny skwer otarłem się o egzotyczne i smutne postaci bezdomnych i zbłąkanych dusz. Jedni stali zbici w małe grupki, inni siedzieli z pustymi twarzami, a jeszcze inni spali skurczeni na ławkach. Zaszedłem do małej knajpki na piwo. Było chłodne i wodniste, jak zwykle bywa piwo w Polsce. W samej knajpie było zupełnie pusto trochę ludzi obległo stoliki ustawione na chodniku. Mówili po angielsku.
Siedziałem.
Obserwowałem przechodniów. W małym tłumie na przystanku wypatrzyłem młodą kobietę, która ubrana była w czerwoną ołówkową spódnicę i czerwony płaszczyk. Urzekła mnie jej elegancja. Nie mogłem oderwać od niej oczu. Wciąż i wciąż się w nią wypatrywałem, bo tłum raz gęstniał, a raz się przerzedzał w zależności od nadjeżdżających autobusów. W końcu wsiadła do jednego z nich. W gardle poczułem uścisk tęsknoty.
Wstałem.
Nie było jeszcze późno. Na zegarze wbitym w ścianę eleganckiej kamienicy ślimaczyła się ósma. W duszy czułem pustkę, a oczy przykrywał mi czarny, smolisty muł. Chwiejnym krokiem poszedłem na most. Wyjrzałem za balustradę patrząc na spokojną wieczorem rzekę. Po drodze zobaczyłem niewielką knajpkę - kilka stolików i krzeseł. Ludzi prawie wcale. Ale widok roztaczał się z niej przecudny na zielone korony drzew i wijącą się w dole ulicę. Wolno kroczyłem dalej. Gdy dochodziłem do drugiego brzegu w dole spostrzegłem szeroką plaże porośniętą trawą i krzewami. Doskonałe miejsce na spokojny sen - pomyślałem. Bez trudu udało mi się odnaleźć drogę do bezludnej plaży. Delikatnie usiadłem na grudkach ciepłej ziemi. Poczułem, jak opuszczają mnie siły. Położyłem się na ciepłej ziemi. Zamknąłem oczy. Czekając na sen, który nie nadchodził...
Leżałem.
Powoli odpływałem w ciemność. Ale wciąż słyszałem jednostajny szum ulicy, a w oddali lekkie stukotanie pociągu. Nagle jakieś dźwięki na chwilę wyrwały mnie z letargu. Pomyślałem, że to okoliczni amatorzy taniego wina, którzy postanowili rozpocząć nocną imprezę, ale nie, to były tylko głosy miasta. Otworzyłem oczy. Ujrzałem widok rozświetlonego światłami miasta. Zacząłem liczyć przejeżdżające pociągi. Chciałem poczekać aż do liczę do dziesięciu, ale wytrzymałem tylko do pięciu.
Wstałem i wróciłem tam skąd przyszedłem.
niedziela, marca 06, 2011
O pisaniu słów kilka
Bernard w "Fałszerzach" André Gide
Umysłowe zdjecia
Georgij Gurdżijew
Otwartość na nowe
Georgij_Gurdżijew
Wycieczki w świat
- cudów
- chimer
- fantomów
- poetów
- potworów
- filozofów
- ptaków
- kobiet
- wariatów
- magów
- drzew
- erotyków
- kamieni
- owadów
- gór
- trucizn
- matematyki
"Kilka notatek z dziennika"
Max Ernst
poniedziałek, lutego 07, 2011
Zdjęcia Vivian Maier
Oto jego blog o Vivian Maier.
środa, listopada 17, 2010
* * *
Szybko, szybko aby tylko się schować we własnej skorupie.
Wściekłość.
Wściekłość, która była od zawsze, ale tylko
lekko czaiła się za rogiem teraz jest już na co dzień .
Wciąż ta sama droga – tam i z powrotem.
Wejście i wyjście.
Jeden sklep a potem drugi.
Milczenie. Wrzaski. Chaos.
Twarze takie same. Brudne i napięte od niespełnionych marzeń.
Młodzi jeszcze bujają w obłokach.
Milczenie. Wrzaski. Stukot butów i mokry bruk.
Zapada zmrok w deszczu.
Co robić?
poniedziałek, listopada 08, 2010
Zielona królewna
Miała umalowane usta wiśniową szminką. Pachniała zmysłowo. Czułem narastające pożądanie. Pożądanie było tym większe im bardziej była blisko.
Kazała mi założyć sobie na szyję wysoką stójkę w formie królewskiej kryzy, która zmieniła ją w zieloną królewnę.
Odwróciła się do mnie plecami. Wolno podniosłem sukienkę do góry. Nie mogłem się opanować. Wsadziłem delikatnie… Jakby zapachniała mocniej.
Pożądanie było tym większe, że wiedziałem, że krzywdzę innych. Rżnąłem ją mocno. Krzyczała, ale jej elegancja pozostała nie naruszona.
Rano obudziłem się zdziwiony i nie mogłem przestać myśleć o tym, że zdrada może pojawić się znienacka i nagle - nawet we śnie.
środa, października 20, 2010
Opis zjawiskowej kobiety w metrze: detale.
Szczupła
Fryzura stylizowana na lata 20-te
Szerokie i ładne usta (bez makijażu)
Skromna, ale elegancka letnia sukienka, w kwiatki
Delikatne sandałki, paznokcie u nóg pomalowane krwistym lakierem
Duża, lakierowana torba
Giętkość i wdzięk. W każdym ruchu erotyzm
Pociągająca
Piękne dłonie o długich palcach
Paznokcie u rąk pomalowane bezbarwnym lakierem, krótko obcięte.
Duże okulary wsunięte w dekolt
Skupiona na swojej komórce
W dłoniach trzyma niewielką karteczkę – tak jakby miała tam zapisany numer telefonu, pod który zamierza zadzwonić po wyjściu z metra.
piątek, października 15, 2010
czwartek, września 09, 2010
Drobne detale
Najważniejsze są drobne detale. Umiejętność ich dostrzegania to prawdziwa sztuka, która wymaga albo niezwykłych zdolności i wrażliwości albo też lat ćwiczeń.
Zwykle przechodzę obok nich obojętny, głuchy na ich prawdę i inspirację oraz wsparcie i zrozumienie, które mogą zaoferować. To może być plakat na murku, przedmiot porzucony na ulicy, jakaś zasłyszana informacja, czy wpis na forum. To oczywiste, że je dostrzegam, widzę, ale nie zadaje sobie trudu aby je zrozumieć, poszukać ich znaczenia i szerszego kontekstu.
Czasem tylko uda mi się coś przypomnieć, jakiś drobny szczegół, który potraktowałem w jeden określony sposób, odczytując jego znaczenie w sposób dosłowny albo tak, jak mi się wydawało, że powinienem go zrozumieć. Po pewnym czasie okazuje się, że było zawarte w nim zupełnie inne przesłanie lub znaczenie, które pozwoliło mi wniknąć znacznie głębiej w siebie, zrozumieć moje ograniczenia, ustalone nawyki. To jest niezwykle ożywcze i pozwala spojrzeć na siebie z zupełnie innej strony niż dotychczas.
Sztuka odkrywania znaczenia drobnych detali jest ciekawym ćwiczeniem własnej wyobraźni. Pozwala nam dłużej zachować młodość i radość życia, a przede wszystkim ciekawość – tak ciekawość to ona chyba jest tutaj najważniejsza i jeszcze kreatywność.
sobota, września 04, 2010
Z cyklu mikro-sytuacje
Zauważyłem to dziś wychodząc ze sklepu. Matka z dzieckiem, kilkuletnim chłopczykiem - kiedy wychodziłem zamierzała wejść. Powiedziała do swojego synka – zobaczmy, czy jest kolejka.
W sklepie nie było prawie nikogo oprócz jednego młodego mężczyzny, który – jak pamiętam - nie mógł zdecydować się jakie ma kupić mięso.
Kiedy były jeszcze uchylone drzwi zajrzała do środka i chociaż żadnej kolejki nie było powiedziała: - Nie, chodźmy, serek kupimy już jutro. Jednak jej syn nie ustępował. Pewnie chciał aby mu coś kupiła. Jakoś już nie spojrzałem, czy weszli do środka, czy też nie. Mam wrażenie, że działo się to wszystko zaledwie przez kilka sekund. Ciekawe dlaczego zwróciłem na to uwagę?
niedziela, sierpnia 29, 2010
piątek, sierpnia 13, 2010
Senna rozkosz
Zasypiam teraz długim snem. Nic nie wydaje się być prawdziwe. Odpływam, odpływam, odpływam. Nie śnią mi się żadne koszmary, nie muszę pić aby znieść codzienność – wystarczy, że zasnę. Czekam na sen, jak na zbawienie, pokładam w nim całą nadzieję na przyszłość. Może spotkam tam mieszkańców wspaniałych miast, a może miasta będą czekać na mnie opustoszałe i puste, ale to też dobrze. Wystarczy, że wyobrażę sobie tylko wielkie, puste metropolie, które rozciągają się poza horyzont. Nikogo nie ma – żywej duszy, a po ulicy smaga wiatr przewracając wypełnione kosze na śmieci. Słychać dźwięk toczącej się puszki. A ja idę i idę przez puste ulice.
niedziela, lipca 18, 2010
Początki pracy pisarskiej Raymonda Chandlera
Pisanie własnych wersji znanych powieści i opowiadań.
Używał kilka różnych notatników:
- Notatnik, w którym zapisywał w porządku alfabetycznym imiona i nazwiska swoich postaci, w miarę jak mu przychodziły do głowy, uważał je, bowiem za równie ważne jak tytuł, a jedno i drugie traktował, jako czynnik kluczowy, dla jakości utworu. W tym samym notesie Chandler zapisywał pojedyncze celne zdania, które zasłyszał i postanowił zachować dla przyszłego użytku.
- Notatnik, który służył mu do gromadzenia opisów zawierających szczegółowe opisy ubrań, które zobaczył albo, o których przeczytał.
- Notatnik, w którym zapisywał zasłyszane wyrażenia gwarowe.
- Założył też osobną rubrykę, do której wpisywał określenia używane przez policyjny Wydział Antynarkotykowy.
Blizna A.D 2010
Dramatycznie szybko powstaje zarzewie złości. Przyczyna zawsze jest ta sama: porównywanie się z kimś innym. Gdy już powstanie, zaczyna się albo od wybuchu gniewu albo z pozoru jedynie niewidocznego, małego, złośliwego ognika, który wciąż i wciąż się tli i nie może zgasnąć.
Potem jest już chaos. Ruchy stają się szybkie i brak w nich koordynacji. Człowiek zaczyna przypominać wystraszonego królika, który boi się komukolwiek spojrzeć w oczy. Ucieka i chowa się w sobie.
A wszystko dzieje się tak, jakby od niechcenia. Nikt już potem nie pamięta kto zaczął i po co? I czy w ogóle było warto? Bo blizna już pozostaje na długo, bardzo długo, aż pamięć zetrze ostatnie ślady.
wtorek, lipca 06, 2010
Przejścia i Między-Przestrzenie
Są takie miejsca, które nazwać można "pomiędzy" lub "w trakcie". Przejścia podziemnie, wejście do metra, bramy, place, skrzyżowania ulic, dworce, schody w górę i w dół. Zwykle wymuszają szybkie przemieszczanie się, unikanie wzroku lub stanowią przestrzeń oczekiwania i nadziei
.
Przechodzi tamtędy dużo ludzi. Nieraz tworzy się tłok, chwilowy tłum aby po chwili rozpłynąć się i przez moment jest zupełnie pusto, prawie pusto.
Mała przestrzeń, a tyle można tam zobaczyć. Stoją tam żebracy, stare kwiaciarki i handlujący sznurowadłami, uliczni grajkowie, roznosiciele ulotek. Ci, którzy są w ruchu to ludzie dążący do celu, ci którzy stoją - nie spieszą się już nigdzie. Myślą tylko aby dożyć następnego dnia.
Mała przestrzeń, a tyle tam emocji. Gdy stoi się tam dłużej, można wyłapać drobne lub większe dramaty, radości, początki wielkiej miłości lub rozpaczy, złośliwe grymasy lub uśmiechy, nieśmiałe spojrzenia, nadzieję i tęsknotę.
Ludzie pozostawiają tam rozmaite znaki: napisy na murze, zapachy, śmiecie, skrawki gazet, odpadki jedzenia, urwane rozmowy. Niektórzy skupieni na własnym wizerunku dumnie kroczą z aktówką lub wystawną, lakierowaną torebką pozostawiając po sobie zapach drogich perfum.
środa, czerwca 23, 2010
Wolna wola? Wolne żarty
Czy wierzycie w to, że mamy wolną wolę? Jeśli tak to życzę Wam powodzenia. To znaczy, że chyba wierzycie w bajki.
Jak to? Uważacie, że zawsze jesteśmy tacy sami, że możemy osiągnąć, co tylko chcemy, że zawsze pozostaniemy ludźmi, a nie zamienimy się pewnego dnia w "świnię", która puchnie od nagromadzonego majątku, prestiżu, że osoby, które jeszcze nie tak dawno były jej bliskie zaczyna postrzegać w zupełnie innym świetle, że stają się dla niej wyblakłe, bierne, marne, nieudaczne. Że oto staje na piedestale i mówi: "teraz ja".
Jeśli w to wierzycie, że nigdy tak z wami się nie stanie - gratulacje. Częściej przerażający horror zdarza się w życiu niż na kartach książki. Dziś przeżyłem taki horror, chociaż sam niejednokrotnie też bywam świnią.
Nie wierzę, że mamy wolną wolę i jesteśmy wolni od opinii innych, od powinności, które wyznacza nam "rola" kobiety, mężczyzny, kochanka, szefa, ojca, matki, pracownika, Polaka i Bóg wie jeszcze czego. Puchniemy, puchniemy, puchniemy, aż pewnego dnia pękamy i co? Deprecha albo krecha, czyż nie jest tak? Sami powiedźcie i to powiedźcie sobie, a nie mi. Stańcie przed lustrem i powiedźcie. Amen.
poniedziałek, czerwca 21, 2010
Człowiek-ptak
Delikatne muśnięcie świeżego powietrza – jakby ktoś uchylił okno - obudziłem się. Przyjemne uczucie świeżości, ale tylko przez moment, bo wszystko inne było nie takie, jakie być powinno. Znajdowałem się w dużym prostokątnym pomieszczeniu o szarych ścianach i nigdzie nie było widać okien tylko, przy suficie znajdowała się mała żarówka. Poczułem strach. Gdy podniosłem głowę zobaczyłem, że na wprost mnie, kilkanaście metrów znajdowało się duże biurko, za którym siedział starszy mężczyzna. Wyglądał na mędrca, chociaż jego wzrok nie był przyjazny.
- Jak się spało – usłyszałem jego głos.
- Kim jesteś – zapytałem
- Jestem Bogiem, a ty znajdujesz się w niebie – odpowiedział.
- Jak się tu znalazłem?
- To teraz już nie ważne. Wstawaj, wystarczy tego spania. Musisz już iść.
- Gdzie?
- To też nie istotne. Ubierz się w ten szary kombinezon i chodź za mną.
Dopiero teraz do mnie dotarło, że jestem zupełnie nagi. Obok mojego posłania leżało złożone starannie robocze ubranie. Chociaż czułem, że nic nie jest takie, jakie być powinno posłusznie założyłem ów kombinezon i wstałem. Starzec otworzył drzwi do następnego pomieszczenia i pchnął mnie do środka. Znalazłem się miejscu, które przypominało szkolną salę z rzędami ławek. Przy tablicy stał człowiek z głową ptaka i z długim, żółtawym dziobem. Gdy wszedłem zamknęły się za mną drzwi, a starzec zniknął.
- O wreszcie jesteś – odpowiedział człowiek-ptak. Był to bardziej klekot niż ludzka mowa, ale go rozumiałem.
- Podejdź i usiądź w pierwszej ławce.
Zrobiłem tak, jak kazał.
- Wysuń ręce do przodu.
- Jak tylko to uczyniłem zaczął je mocno bić długim czarnym pasem. Czułem straszny ból, ale nie cofnąłem rąk. Bił mnie tak przez dobrych kilka chwil, a potem stało się coś dziwnego. Nagle pojawiła się następna postać, jej kształt był zupełnie niewyraźny i migotliwy. Zaczęła szybko zbliżać się w moją stronę trzymając ręce złożone z tyłu. Zanim się spostrzegłem wyjęła je i zobaczyłem, że trzymała w nich długi i ostry szpikulec, taki jaki uzywa się do rozbijania lodu tylko, że monstrualnych rozmiarów.
- Połóż ręce na ławce – rozkazał człowiek-ptak
- Nie!!! Już do tego mnie nie zmusicie, wykrzyczałem, a mój krzyk rozlegał się jeszcze długo, aż się obudziłem naprawdę i spostrzegłem, że jestem w swoim łóżku, a w pokoju jest otwarte okno.
poniedziałek, maja 10, 2010
środa, maja 05, 2010
Powracający koszmar
Nagle pojawił się w środku snu. Krzyk i przerażenie. Znów sen i znów podążający po ścianie. Ponownie biała rozpacz w środku nocy i zduszony oddech. Powieki opadają na swoje miejsca. Skrzypiące drzwi. I znów stoi w brzasku. Rwany i przerażliwy strach.
wtorek, kwietnia 20, 2010
Restauracja szybkiej obsługi…
Takie miejsca zaprojektowano z myślą, aby każda czynność trwała, jak najkrócej: sprzedaż, konsumpcja, czy nawet rozmowa.
Nie odwiedzam zbyt często takich miejsc. Jednak od czasu do czasu ulegam magii kolorowych szyldów i skuszony zapachem odgrzewanego mięsa wchodzę do środka.
Jest wczesny wieczór, czyli gdzieś między godziną 18 a 19. Zwykły dzień w tygodniu. Większość klientów jest już po dniu pracy.
Stoję w kolejce. Pani, która przyjmuje moje zamówienie robi to od niechcenia, nie patrzy mi się prosto w oczy. Podaje mi tylko dwie porcje cukru, chociaż prosiłem cztery. W odpowiedzi na moją uwagę, że dostałem nie tak, jak chciałem robi mi nawet wyrzuty. Nie wiem, czy niedosłyszała, czy też była niezadowolona z tego, że rzeczywiście zamówiłem tak dużo cukru. Zauważam też, że niechętnie podaje mi cenę całego zestawu. Chwilę to potrwa zanim to zrobi. Czyżby polityka firmy polegała m.in. na tym, aby podawać jedynie ceny składników poszczególnych zestawów - bo takie tylko widzę na tablicy.
Szukam wzrokiem wolnego miejsca. Jest. Lekkie zamieszanie przy sąsiednich stolikach. Niektórzy odwracają wzrok patrząc w moją stronę, aby ponownie zagłębić się w konsumpcji swoich przysmaków.
Jem powoli i obserwuje. Zauważam dość ciekawą prawidłowość. Najpierw kasy oblegane są przez tłum ludzi, zaś niedługo potem zamówienia składa jedynie garstka klientów. Sytuacja się powtarza. Znów widać tłum, a chwilę później przed ladą świecą pustki. Ciekawe dlaczego?
Wśród klientów lokalu dominują głównie studenci i uczniowie szkół średnich, harcerze, rodzice z małymi dziećmi, czasem osoby starsze, ale samotne lub ze starszymi dziećmi.
Trudno tu spotkać kogoś kto jest oryginalnie i ciekawie ubrany. Czyżby nudne wnętrza przyciągały nudnych ludzi? Większość z nich nosi podobne ubrania i robi identyczne grymasy i gesty. Młodzież paraduje zwykle w dżinsowych spodniach, bluzach, czy kurtkach. Starsze osoby ubrane są w płaszcze, marynarki, niektórzy mężczyźni mają krawaty, ubrani w biurowe garnitury, z namaszczeniem stawiają swoje biurowe teczki przy stoliku i relaksują się smakiem hamburgerów i frytek. Kobiety mają buty na niezbyt wysokich, grzecznych obcasach lub czółenka.
Ludzie spożywają posiłek szybko w milczeniu nawet wtedy, gdy nie są sami przy stole. Jedynie czasem matka zwróci głośno uwagę swojemu dziecku lub para zakochanych mówi do siebie szeptem, jak na jakimś nabożeństwie.
Trudno tutaj o nawiązanie jakichkolwiek więzi. Ludzie zachowują wobec siebie niezwykle duży dystans. Dosiadają się jedynie wtedy, kiedy nie ma innych miejsc.
Próbuje sobie zanotować kilka jakichś znaczących szczegółów lub detali i mam z tym nie lada problem. Czy to efekt tej przestrzeni, która została zaprojektowana z myślą aby być sterylna, czysta i neutralna. W taki sposób, aby nie można było o niej nic opowiedzieć.
Rozglądam się i widzę grupkę harcerzy stojących na środku przejścia prowadzącego w kierunku kas. Próbuje zrozumieć, co oni tam robią. Obserwuje. Stoją w zbitej grupce i cicho rozmawiają. Od czasu do czasu ktoś z nich odchodzi i albo idzie w kierunku kas albo znika za rogiem. Nie udaje mi się zrozumieć sensu ich zachowania.
Zauważam też ochraniarza, dobrze zbudowanego mężczyznę w uniformie strażnika, który zbiega lekko po schodach, jakby frunął. Wygląda na zadowolonego. Krzyczy do jednej z pracownic lokalu zwracając się do niej po imieniu. Umawiają się na spotkanie na piętrze. Czyżby pracowniczy romans?
W końcu zabrakło miejsc. Do mojego stolika dosiada się mężczyzna w średnim wieku. Mam wrażenie, że już gdzieś go widziałem, chyba w autobusie lub tramwaju.
Delikatnie zdejmuje płaszcz i zaczyna jeść. Robi to bardzo powoli i z wielkim namaszczeniem, jakby przyjmował komunię. Przyglądam się nieco uważniej i zauważam, że zamówił tylko jedną porcję małych frytek.
Skupiony, a w może bardziej skurczony w sobie, delikatnie, ale precyzyjnie gryzie nieduże porcje jedzenia. Na moment przerywa i podnosi wzrok. Ale mam wrażenie, że patrzy przed siebie, nie dostrzegając tego, co jest obok niego. Zamiera tak na moment, aby ponownie wrócić do celebracji swojej frytkowej komuni.
Ponownie ponawia zadumę, ale wtedy ja wstaje. Mam przez chwile ochotę powiedzieć "dziękuję" i zobaczyć, jak zareaguję, ale nie robie tego. Podchodzę do śmietnika, zrzucając z tacki resztki jedzenia i papierowe opakowania i nie oglądając się za siebie wychodzę w noc miasta.
niedziela, kwietnia 11, 2010
Śmierć mojego dziadka
Odkąd pamiętam mój dziadek zawsze jadł na śniadanie jajecznice z dwunastu jajek. Stawiał jeszcze gorącą patelnie z jajecznicą na stole i biorąc kromkę chleba zaczynał jeść. Ten obraz zawsze pojawia się w mojej pamięci, gdy myślę o moim dziadku.
Chociaż jego codziennie menu nie było zbyt zdrowe wydawał mi się zawsze człowiekiem niezniszczalnym, tak jakby nigdy nie miała go dosięgnąć śmierć. Przez prawie całe swoje życie mieszkał w dużym mieszkaniu, które robiło na mnie wrażenie zbyt dużego i do tego jeszcze przejmowało mnie chłodem. Stały w nim stare meble, a na ścianach wisiały duże obrazy o tematyce religijnej i marynistycznej. Na jednej ze ścian, na niewielkiej półeczce stała figurka Matki Boskiej przed którą nieustannie paliła się mała, elektryczna lampka.
Mieszkanie dziadka stanowiło dla mnie tajemnicę. W żadnym miejscu nie zasypiało się przy tak dziwnych, ale też różnorodnych dźwiękach. Zasypianie było w nim czymś podobnym do podróży w inny świat. Słychać było tykanie dużego zegara, a co jakiś czas stukanie przejeżdżającego pociągu. Na ścianach od czasu do czasu pojawiały się światła mknących w ciemnościach samochodów, a gdzieś pod szafą szurała mała myszka. W drugim pokoju, do którego prowadziły ogromne, dwuskrzydłowe drzwi, których na noc zazwyczaj nikt nie zamykał, można było usłyszeć miarowe chrapanie dziadka.
To mieszkanie i mój dziadek stanowiło jedność, niezniszczalną i zawieszoną poza czasem. Teraz nie ma już ani mojego dziadka ani tego mieszkania ani też domu, w którym się znajdowało.
Zawsze będę pamiętał pewną historię, która wiąże się z moim dziadkiem. Zdarzyło się to chyba kilkadziesiąt lat temu, dokładnie nie pamiętam. Mój dziadek nie mieszkał już w owym magicznym domu. Mieszkał sam w małym mieszkanku w niedużym, czteropiętrowym bloku. Jak zazwyczaj zjadał codziennie jajecznice z dwunastu jajek, chociaż nie miał już takiego apetytu jak kiedyś. Zaczął niedojadać, a to co zostawało na talerzu skrzętnie zawijał w nieduży woreczek i szedł nakarmić bezdomne koty i psy.
Pewnego dnia przyjechał do mojego dziadka mój brat cioteczny. Przyjechał w odwiedziny i tak po prostu porozmawiać z moim dziadkiem. Pomógł mu posprzątać mieszkanie, a także postanowił wytrzepać wszystkie dywany i chodniczki, które znajdowały się w mieszkaniu. Brał każdy dywan i schodził na dół, a następnie dokładnie trzepał na trzepaku. W pewnym momencie spojrzał na zegarek i powiedział, że musi już iść. Za paręnaście minut odjeżdżał pociąg, którym miał wrócić do domu. Zapomniał, że zniósł ostatni i jednocześnie największy z dywanów i chociaż zdążył już go dokładnie wytrzepać nie starczyło mu czasu aby zanieść go z powrotem na górę.
Dziadek, chociaż był już człowiekiem wiekowym – parę dni wcześniej skończył dziewięćdziesiąt pięć lat – zamiast poprosić kogoś o to aby pomógł mu zanieść dywan z powrotem do mieszkania, postanowił sam go zanieść. Po wielu nie udanych próbach zwinięcia dywanu w końcu zarzucił sobie go na plecy i zaczął wdrapywać się powoli na czwarte piętro. Oczywiście w końcu go przytaszczył. Nie zdawał sobie jednak sprawy, że wysiłek, który w to włożył okazał się być wysiłkiem ponad jego siły. Parę dni później okazało się, że z tego właśnie powodu dostał rozległej przepukliny i musiał udać się do szpitala. Lekarze jednak nie zdecydowali się na operację twierdząc, że z powodu podeszłego wieku ryzyko operowania przepukliny jest zbyt duże.
I tak mój dziadek został zmuszony żyć z rozległą przepukliną, co oznaczało dla niego prawdziwą udrękę. Jego życie nie było już takie, jak dawniej. Musiał wszędzie taszczyć ze sobą mały woreczek, który naprawdę był zwojem jego kiszek. Tak, jak wcześniej nosił woreczek z jedzeniem dla bezdomnych psów i kotów, tak teraz został zmuszony nosić ze sobą jeszcze jeden, który był znakiem jego cierpienia.
Chociaż mój dziadek zawsze posiadał dobrą pamięć teraz nawet jeśli by chciał zapomnieć o swoim woreczku nie był w stanie tego zrobić – on zawsze mu towarzyszył. Siedząc, chodząc, karmiąc bezdomne koty i psy zawsze musiał podtrzymywać go jedną ręką tak aby wszystkie jego kiszki nie wypadły na chodnik. Mogę sobie tylko wyobrazić, jaką prawdziwą mordęgą była dla starego, samotnego człowieka taka sytuacja.
Męczył się niezbyt długo. Kilka miesięcy po tym wypadku z dywanem zmarł. Pewnie mógłby żyć jeszcze dobrych parę lat, ale pośpiech mojego brata okazał się śmiertelny w skutkach.















