sobota, października 31, 2026

Z cyklu koszmary senne

 

Wszystkie postacie w tym śnie nie są mi znane. Nigdy ich nie spotkałem.

Pierwszy obraz. Tak jakbym widział oczami kogoś innego. To nie jestem ja. Widzę otaczający mnie świat, ale tak jakbym nie był tą osobą, którymi oczami patrzę. Ta osoba stoi na ringu. Ma na dłoniach rękawice bokserskie. Podskakuje. Przed nią widać drugą postać. Młody mężczyzna na wózku inwalidzkim w pozycji przygotowanej do bokserskiej walki. Ma również na swoich dłoniach rękawice bokserskie.

Główny bohater wszystko to odbiera jako coś normalnego chociaż nic nie jest tu normalne. W pewnej chwili oczami wyobraźni zaczyna przypominać sobie historię mężczyzny na wózku inwalidzkim. Musi go skądś znać. Widzi go jak jedzie z nim pociągiem. Stoją blisko przejścia między wagonami. Tylko to miejsce jest znacznie dłuższe niż zwykle bywa to w rzeczywistości. Główny bohater w pewnej chwili musi się oddalić. W tym momencie do pociągu wsiada grupa młodych mężczyzn. Są hałaśliwi, przeklinają. Jakby cięcie w filmie.

Kolejny obraz. Główny bohater widzi, jak ktoś wrzuca młodego mężczyznę do pociągu. Jest półprzytomny. Został dotkliwie pobity. Główny bohater widzi strasznie poranione, zakrwawione nogi, które ktoś brutalnie połamał. Widzi wystające fragmenty kości. Słyszy krzyki młodego mężczyzny. Młody mężczyzna krzyczy z bólu.

Kolejny obraz. Powrót do początku snu do momentu przed walką. Ale teraz już wiemy dlaczego młody mężczyzna jest na wózku inwalidzkim.

Budzę się przerażony. Całość przypomina bardziej jakiś film niż rzeczywistość. Chociaż przez cały czas miałem wrażenie, że to film oparty na prawdziwych wydarzeniach. Jednocześnie odczuwałem bardzo silny niepokój. Tak jakbym przeczuwał to, co się dopiero ma nadejść.

Niedługo potem oglądam film, w którym w pewnym momencie pojawia się scena, w której widzimy młodego mężczyznę z silnie posiniaczonymi, zakrwawionym, połamanymi nogami. Przypadek? Objaw synchroniczności, o której pisał Jung? 

poniedziałek, października 12, 2026

11 październik 2026

 

Byłem w kinie na filmie „Lalka”.

Miałem obawy, wręcz wahałem się aby w ogóle pójść do kina na ten film. Nie lubię polskich filmów.

Ale nie tylko moje obawy się nie spełniły, ale po jego obejrzeniu jestem wstrząśnięty i to tak to cna, do trzewi.

Wcześniej nie byłem sobie nawet wyobrazić, że w Polsce mogą powstać takie filmy, jak ten. Dawno bardzo dawno temu, a może nawet i wcale nie widziałem takiego polskiego filmu.

Dreszcze mnie przechodzą, cały wręcz dygocze kiedy myślę o tym filmie. Dlaczego?

Myślę, że chodzi o to, w jaki sposób pokazano tu owe silne, wręcz szaleńcze uczucie, które może mieć jedna osoba do drugiej osoby. Chociaż w tym filmie tak naprawdę miłość jest tylko pretekstem, zarzewiem pozwalającym na uwolnienie niezwykłej energii do zmiany nie tylko siebie, ale też świata. Wokulski kocha, ale jest w nim jakaś czułość, jakaś dobroć.

Jestem bardzo ciekawy, czy to uczucie zobaczyłbym w samej powieści Prusa, czy też mogę je zobaczyć tylko tutaj w tym filmie? Nie przypominam sobie aby to uczucie pojawiło się we mnie kiedy oglądałem wcześniejsze ekranizacje „Lalki” ani też kiedy oglądałem jej wersje wyprodukowaną przez Netflix. Chociaż każda z tych wersji była fascynująca na swój własny sposób.

Ten film pokazał coś jeszcze innego. Przez aktorstwo Marcina Dorocińskiego, Marka Kondrata i innych aktorów grających w tym filmie, pokazane miejsca uświadomił mi, że właśnie jestem STĄD. Nie z Francji, Stanów Zjednoczonych, Niemiec, ale z Polski, z STĄD.