wtorek, marca 02, 2010

Tearoom Trade



Laud Humphreys „Tearoom Trade”, Chicago, Aldine – książka podsumowująca wyniki obserwacji, wykorzystującej rolę "babci klozetowej", przygodnych kontaktów między homoseksualistami. Poniżej jedna ze znalezionych recenzji.
 


Humphreys jest najbardziej znany ze swojej opublikowanej rozprawy doktorskiej, Tearoom Trade (1970), etnograficznego studium anonimowych męskich spotkań seksualnych w publicznych toaletach (praktyka znana jako "tea-rooming" w amerykańskim slangu gejowskim i "cottaging" w brytyjskim angielskim). Humphreys twierdził, że mężczyźni uczestniczący w takiej działalności pochodzili z różnych środowisk społecznych, mieli różne osobiste motywy poszukiwania kontaktów homoseksualnych w takich miejscach i różnie postrzegali siebie jako "hetero", "biseksualistów" lub "gejów".

Ponieważ Humphreys był w stanie potwierdzić, że ponad 50% jego badanych było zewnętrznie heteroseksualnymi mężczyznami z niczego nie podejrzewającymi żonami w domu, podstawową tezą Tearoom Trade jest niezgodność między prywatnym ja a społecznym ja dla wielu mężczyzn angażujących się w tę formę aktywności homoseksualnej. W szczególności zakładają "pancerz prawości" (konserwatyzm społeczny i polityczny), starając się ukryć swoje dewiacyjne zachowanie i zapobiec ujawnieniu ich jako dewiantów. Humphreys wykorzystał temat niezgodności między słowami a czynami, który stał się głównym problemem metodologicznym i teoretycznym w socjologii w 20 i 21 wieku (Deutscher, 1966).

Badanie Humphreysa zostało skrytykowane przez socjologów z powodów etycznych, ponieważ obserwował akty homoseksualizmu poprzez podszywanie się pod podglądacza, "nie uzyskał zgody swoich badanych, wyśledził nazwiska i adresy za pomocą numerów rejestracyjnych i przeprowadził wywiady z mężczyznami w ich domach w przebraniu i pod fałszywym pretekstem". [4]

Ta książka jest pierwszą i jedną z niewielu i bada zachowania seksualne mężczyzn, które występują między mężczyznami, którzy przede wszystkim nie identyfikują się jako homoseksualiści lub biseksualiści. Wcześniejsze badania były w dużej mierze kliniczne, oparte na doniesieniach osób poddawanych psychoterapii, a większość badań etnograficznych dotyczyła mniej lub bardziej zidentyfikowanych gejów społeczności – barów gejowskich, organizacji gejowskich, dzielnic gejowskich – lub męskich prostytutek. To było pierwsze, które badało mężczyzn, którzy uprawiają seks z mężczyznami, ale w większości mają życie jako pozornie zwykli, żonaci heteroseksualiści. Badanie ujawniło kilka zaskakujących faktów na temat takich mężczyzn i wywołało kontrowersje dotyczące etyki socjologicznej i przyzwoitości, które trwają do dziś.

W ciągu roku Humphreys obserwował męsko-męską aktywność seksualną w niektórych publicznych toaletach (znanych w gejowskim slangu jako "herbaciarnie") w niezidentyfikowanym mieście w USA. Rok później, po zidentyfikowaniu wielu mężczyzn, których obserwował, zaaranżował wywiad z nimi w ramach innego, ogólnego studium socjologicznego, które pozwoliło mu zadać szereg pytań na temat ich pochodzenia i życia osobistego, nie ujawniając ich tajnej działalności; Podszedł także do kilkunastu mężczyzn w samych herbaciarniach i był w stanie przeprowadzić z nimi otwarty wywiad.

Odkrycia Humphreysa zaprzeczają wielu wcześniejszym założeniom dotyczącym aktywności seksualnej mężczyzn i zawierają kilka ważnych zaleceń. Jednym z nich jest to, że "uwodzenie nastolatków" nie występuje w tych miejscach publicznych, a w rzeczywistości nastoletni chłopcy są aktywnie wykluczani pomimo częstego pragnienia uczestnictwa. Innym jest to, że szansa, że ktoś niechętnie podejdzie do kogoś w publicznej toalecie, chyba że zachowuje się w taki sposób, aby zachęcić do seksualnych propozycji, praktycznie nie istnieje. Po trzecie, najczęstszym zachowaniem przestępczym wynikającym z tych praktyk jest szantaż, przede wszystkim ze strony policjantów z oddziału wice, którzy są wyznaczani do eliminowania seksu w miejscach publicznych.

Wreszcie książka poświęca sporo miejsca kwestiom etycznym, które zostały podniesione przez jej metodologię. W tym czasie praktycznie nic nie było wiadomo o zachowaniach homoseksualnych w populacji ogólnej, pomimo dużej uwagi ze strony policji, duchowieństwa i polityków. Badanie zostało przeprowadzone bez niepożądanych efektów, a kilku uczestników stwierdziło, że są zadowoleni z możliwości opowiedzenia o sobie. Jednak badanie wiązało się z potencjalnym zagrożeniem dla uczestników w przypadku naruszenia poufności, a badani nie mogli zostać poproszeni o zgodę bez śmiertelnego narażenia na szwank badania. Debata, która nastąpiła wśród socjologów, dziennikarzy i etyków, dotycząca równowagi między społeczną potrzebą obiektywnej wiedzy a prawem jednostki do prywatności, trwa do dziś. Jest to lektura obowiązkowa dla każdego, kto zajmuje się debatą nad badaniami nad ludzkimi zachowaniami, zarówno ze względu na zawarte w niej dokumenty historyczne (kilka głównych krytyk i obrony badania), jak i sposób, w jaki jest ona często fałszywie przedstawiana przez krytyków.

Książka jest dobrze napisana i niezwykle czytelna, i daje interesujący wgląd zarówno w stan amerykańskich zachowań homoseksualnych, jak i klimat polityczny w latach bezpośrednio poprzedzających Stonewall. Zdobył nagrodę C. Wrighta Millsa Towarzystwa Badań nad Problemami Społecznymi, a autor został później wybrany do krajowego zarządu organizacji praw homoseksualistów, częściowo ze względu na znaczenie tych badań. Gorąco polecam każdemu, kto interesuje się socjologią lub historią homoseksualizmu.

Humphreys był pionierem badań etnograficznych nad bahavior seksualnym w USA. To dobra książka. Humphreys jest bardzo zaniepokojony "napierśnikiem prawości", tendencją niektórych mężczyzn do utrzymywania stosunków seksualnych z innymi mężczyznami, a następnie unikania wszelkich wzmianek o tym w ich zwykłym życiu, wolnym od skazy domniemanego homoseksualizmu. Poza tym książka jest pozbawiona teorii i implikacji dla zrozumienia społeczeństwa amerykańskiego. Opis jest tak naukowy i nudny -- "A fellates B. C wchodzi i penetruje D, podczas gdy E patrzy." Prawda? Czy obserwujemy ludzi czy trybiki w maszynie? Brakuje kulturowego zrozumienia uczuć i znaczeń. Poskarżyłem się na to mojemu profesorowi socjologii, który nie zgodził się ze mną, mówiąc, że Humpreys interesuje się "teorią gier", cokolwiek to jest. Myślę, że jeśli jesteś jednym z niewielu socjologów żyjących w rozrzedzonych królestwach "teorii gier", ta książka spodoba ci się bardziej. To, co czyni tę książkę wartościową, to nie tyle wnioski, ile metodologiczna śmiałość. Ale nie podoba mi się pomysł, że Humphreys zapisał numery rejestracyjne uczestników seksu i przeprowadził z nimi wywiady w domu. Myślałem, że to idzie trochę za daleko i za bardzo w zgodzie z obnażaniem "pancerza prawości". 

(tłumaczenie automatyczne)


niedziela, lutego 28, 2010

Pocztówka z Paryża II

 

Pościel ułożyła się w delikatne gzymsy i doliny. W pokoju unosił się zapach głębokiego snu. W końcu odwróciłem wzrok. Coś mnie tknęło. Poprzedniego wieczoru, kiedy przybyliśmy do hotelu spostrzegłem starszego mężczyznę, który stał w kącie recepcji. Z początku go nie zauważyłem, ale potem jego sylwetka stała się bardziej wyraźna. Stał w półmroku i przyglądał się mojej żonie. Nie byłoby w tym nic dziwnego bowiem wielu facetów już nieraz łapczywie zjadało wzrokiem Sylwię. Trudno było ukryć jej atrakcyjny wygląd podkreślany przez skromną elegancję. Ale tym razem było inaczej. Spojrzenie mężczyzny zostało odwzajemnione i wszystko wskazywało na to, że tajemniczy mężczyzna i Sylwia się znali. I to właśnie najbardziej było wkurzające w tym całym Paryżu.

czwartek, lutego 25, 2010

Pocztówka z Paryża

 

Ulica skrzyła się w świetle poranka małymi kropelkami deszczu. O tej porze było zupełnie cicho i pusto. Samochody stały po obu stronach ulicy w równym i grzecznym szeregu. Wyczekiwały, aż ich właściciele zasiądą, jak co dnia za kierownicą i pojadą do pracy.

Stałem przy oknie i patrzyłem na Paryż. Okazał się być miastem zupełnie innym niż pokazywały to widokówki i przewodniki w lakierowanych okładkach. Czy był zbyt mało elegancki? Nie, jak najbardziej był bardzo elegancki. Czy był może nie tak francuski, jak na początku sądziłem. Nie, był bardzo francuski. Ale kurwa coś była z nim nie tak.

Przyjechaliśmy z Sylwią do Paryża aby odpocząć od codziennych obowiązków i gonitwy za karierą. Ale pewnie też po to aby nasze, stare, i już wypłakane małżeństwo nabrało nowych skrzydeł, jakiegoś świeżego oddechu. Zatrzymaliśmy się w niedużym, ale przytulnym hoteliku o słodkiej nazwie xxx aby spędzić w Paryżu nasz kolejny miesiąc miodowy.

Odwróciłem się od okna i spojrzałem na swoją żonę. Wtulona w hotelową pościel oddychała równo i spokojnie.

wtorek, lutego 16, 2010

niedziela, lutego 14, 2010

Labirynt na wschodzie


Znalazł się w miejscu, gdzie diabeł mówi dobranoc. Pusta, ośnieżona ulica, która robi z przechodnia głupka, bawi się jego oczekiwaniami, założeniami. Już ma nadzieję, że dotarł do celu, gdy ulica się urywa i numery, które narastały z każdym krokiem nagle kończą się na liczbie, której się nie spodziewał. Skręca, kluczy, robi piruety, koła, elipsy, idzie po przekątnej, znów wraca do punktu wyjścia, a numeru ulicy, którego szuka jak nie ma tak nie ma. 

W końcu zmienia strategię. Zaczyna bardziej uważniej przyglądać się różnym tablicom ogłoszeniowym, informacjom dla przechodniów zawieszonych na murach domów. Nagle dostrzega niedużą tabliczkę, na której jest napisane "Szkoła karate", a obok widnieje numer, który jest już bardzo bliski temu, którego akurat szuka. Podąża w kierunku strzałki narysowanej na ogłoszeniu. Dociera do osobnego kompleksu domów stojących samotnie na uboczu.

Jest. Na bramie widnieje numer, którego szukał. Wchodzi. Myśli, że znalazł, ale jest w błędzie. Kompleks budynków, w którym się znalazł okazuję się jeszcze bardziej zwodniczy niż ulica, która zwodziła go tak długo. Okazuje się prawdziwym labiryntem, a miejsce, którego poszukuje wydaje się być wszędzie i nigdzie zarazem. Podchodzi do jednych drzwi, na których rozlepione są artystyczne plakaty, informacje o wystawach. Myśli, że to już tu, ale jednak nie. Znajduję kolejne ogłoszenia, strzałki, zmierza w ich kierunku i gdy dochodzi już do celu widnieje kolejna strzałka w przeciwnym kierunku. Wchodzi do jednych drzwi potem do drugich, trzecich, idzie po schodach, na górę, na dół, schodzi do piwnic.

Co jakiś otwiera drzwi, za którymi znajduja się pomieszczenia przypominające swoim wyglądem prywatne mieszkania: pokoje, nie posłane łóżka, ubrania, radio, rozrzucone książki, niedopita herbata, gdzieś w oddali słyszy jakieś rozmowy, przystaje, nasłuchuje.
Już prawie traci nadzieję, ale w końcu znajduję miejsce, którego tak długo szukał. Jednak okazuje się, że spotkanie, które miało tam sie odbyć już się zakończyło.

Tekst w tekście

Znalazłem w książce ulotkę Artware, na której było napisane:

"Witajcie w ARTWARE, firmie wydającej płyty i handlującej nimi. ARTWARE to źródło dziwnej, eksperymentalnej i niezwykłej kultury muzycznej. Nasz katalog nr 10 dedykujemy wszystkim ikonoklastom, indywidualistom, dysydentom i nonkonformistom poszukujących inspiracji, dróg współpracy i wyminy. Skontaktuj się z nami!

ARTWARE PRODUCTS

Donna Klemm

piątek, lutego 12, 2010

Bez tytułu

[...]

Prawdziwa literatura może istnieć tylko tam, gdzie powstaje [...] dzięki wysiłkowi szaleńców, pustelników, heretyków, marzycieli, buntowników i sceptyków".

Jewgienij Zamiatin

Widok z okna



Pomniki zaśnieżonych samochodów i pokreślona czarnymi smugami mała uliczka. Pusto.

 Wyłaniający się z dolnego, prawego rogu robotnik, który prowadzi maszynę odśnieżającą, robiącą korytarze w śnieżnych zaspach… Gwizd z tyłu głowy.

A tak przestrzeń podzielona na wiele drobnych kwadratów, których granicami są stalowe płoty, latarnie i kamery video. Domy, które stoją na terenie tych kwadratów są popielato-żółte z oknami szczelnie zamykającymi dostęp do wnętrz lokali. Nudny widok.

Gdzieś w oddali widać pasmo lasu, ale też zaryglowane wysokim parkanem.

Mądrości starego pijaka



[…] Nadal utrzymywał się podział na frakcje. Nawet na rozwalonym podwórku za domem istniały sektory getta, sektory Malibu i sektory Bevery Hills. Na przykład najlepiej ubrani, w ciuchach od znanych projektantów, trzymali się razem. Każdy typ rozpoznawał swoich przedstawicieli i nie zradzał najmniejszych skłonności do zadawania się z pozostałymi. Dziwiło mnie, że niektórym z nich w ogóle chciało się przyjeżdżać do czarnego getta w Venice. Może uważali, że to będzie w dobrym stylu. Oczywiście, specyficznego posmaku dodawał temu wszystkiemu fakt, że wśród sławnych i bogatych roiło się od durnych cip i palantów, którzy załapali się gdzie po prostu na korzystną listę płac albo wzbogacili dzięki głupocie szerokiej publiczności. Zwykle nie mieli za grosz talentu, wizji ani ducha, choć w oczach publiczności uchodzili za pięknych, godnych szacunku i podobnych bogom. Zły gust zrodził dużo więcej milionerów niż dobry gust. Wszystko w końcu sprowadza się do tego, kto uzyska przewagę głosów. W kretowisku kret zostaje królem. Komu więc należało się to wszystko? Nic nie należało się nikomu…

Charles Bukowski "Hollywood".

poniedziałek, lutego 08, 2010

Diane Arbus i "Lśnienie "Kubricka

Czyż nie uderzające podobieństwo? Pierwsze zdjęcie przedstawia fotografię autorstwa Diane Arbus "Bliźniaczki", zaś drugie to kadr z filmu "Lśnienie" w reżyserii Stanleya Kubricka.

 

  

Nic dziwnego Kubrick ten motyw zapożyczył od Diane Arbus (na podstawie książki autorstwa Patrici Bosworth "Diane Arbus. Biografia" 

niedziela, lutego 07, 2010

Diane Arbus i kilka cytatów



Inspirujące cytaty z książki o Diane Arbus:

Diane fotografowała w New Jersey nie tylko trojaczki. Tam było wszystko: pustelnicy, nudyści, cyganki wróżące z ręki, magicy, Princeton i całkowicie zamknięte, mówiące swoimi narzeczami społeczności w górach, Kenneth Burke, czarni gangsterzy, palisades… W New Jersey znajdowała ukryte skarby: jeździła tam tak często, jak mogła.




[…]

Pod koniec lata, wbrew swoim idiosynkrazjom, Diane, idąc za radą Marvina Israela, wyruszyła w dwutygodniową podróż po Stanach Zjednoczonych. Zamierzała sfotografować to, o czym pisała we wniosku o stypendium Guggenheimów: lokalne uroczystości, obchody, parady, konkursy, zjazdy rodzinne, mecze baseballowe.






Z drogi wysyłała zaszyfrowane kartki do znajomych, na przykład do szkolnej przyjaciółki, Phyllis Carton, towarzyszki pierwszych wypraw w nieznane. "Wszystko wspaniałe, zapiera dech w piersiach. Czołgam się na brzuchu, jak w filmach. Może to zabrzmi dziwnie, ale odkryłam, że życie jest melodramatem".

Po powrocie napomykała, że przeżyła niezwykłe rzeczy, ale nie specyfikowała na czym ta ich niezwykłość polegała. Niebezpieczeństwa ją stymulowały, a ryzyko dawało przyjemność. Nie lubiła kompromisów. Potrafiła wdać się w rozmowę z kimś niebezpiecznym, by sprowokować konsekwencje. Dlaczego nie? Tylko przez takie inicjacje człowiek naprawdę może "przejrzeć na oczy", "poczuć". Diane wierzyła, że aparaty ją chronią, są jej tarczą: dopóki ma je przy sobie, nie może się jej przytrafić nic złego. Powiedziała komuś, że boi się jedynie tego, co tkwi w niej samej. Nigdy tego, co przychodzi z zewnątrz. To, co na zewnątrz, tak naprawdę nie jest w stanie jej dotknąć.






http://www.nysun.com/arts/arbus-traveling-circus/12576/

http://alechronicles.blogspot.com/

http://enfievre.blogspot.com/





sobota, lutego 06, 2010

Erotyczny sen

Przycisnęła mnie mocno do siebie. Poczułem obsuwający się jedwab i delikatny dotyk jej pończoch. Nasze ciała przylgnęły do siebie. Starałem się odczuć każdy moment, najdrobniejszy szczegół jej bielizny, delektować szelestem materiału, porowatością jej gorsetu. Zapach jej perfum to umykał mojej uwadze to znowu obejmował, jak jakiś całun moje ciało. To było spotkanie, bardzo długo wyczekiwane spotkanie, aż w końcu nadeszło, nastało, jak objawienie, tak znienacka. 

Chciałem wykorzystać każda chwilę, każdą sekundę liżąc łapczywie jej szyję, jej uszy, całując, prostacko wkładając swój język głęboko w jej usta. Widziałem, jak wypręża swoje podbrzusze, kurczy stawy to znów je rozluźnia. Luksusowa chwila miłości w zatęchłym małym mieszkanku, zapach ciężkich i obrzydliwych zmysłowo perfum zmieszany z zapachem potu i obejmującego mnie lęku. 

W końcu wszedłem w nią, może nie tak delikatnie, jak powinienem, ale szybko i łapczywie. Zacząłem ruszać się, jak przygotowujący się do skoku kot wpatrzony z uwagą w małą ptaszynę. A ona jakby zapragnęła nowych doświadczeń, jakiejś zmiany. Objęła mnie mocno i przycisnęła. 

Nieustające wakacje

środa, lutego 03, 2010

Lego i fantazje SM

Zombie Flesh Eaters

Nigdy nie sądziłem, że filmy tego typu przyciagną tłumy, a jednak. Jak dla mnie film może nie stanowi arcydzieła (na pewno nie stanowi), ale muzyka i pewna ujęcia (nie mówię o tych makabrycznych i krwawych) są naprawdę zapadające w pamięci.


Ten film niektórzy wrzucają do kategorii najgorszych filmów w historii kina, inni zaś określają go mianem „kultowy”. Dla mnie pewnie nazwać go można tak i tak. 

Ujęła mnie jego warstwa wizualna i nie mówię o tych sekwencjach filmu, które pokazują sceny przemocy, których jest tu na prawdę dużo (choć, czy to jest pornografia przemocy, jak niektórzy twierdzą to nie wiem) rozrywane ludzkie mięso, nadziewanie oka wielką drzazgą, ale sam sposób kadrowania i kolory (może dlatego, że były już wyblakłe, a sama jakość filmu przypominała wielokrotnie przegrywane kasety VHS).

Druga rzecz – to muzyka: niezwykle transowa i rzeczywiście budująca napięcie, taka w klimatach muzyki wykorzystywanej podczas rytuałów VooDoo.

Natomiast warstwa tekstu, dialogi i sposób narracji to coś albo kuriozalnego albo to – jak powiedział mój znajomy – prawdziwa twórczość dziecka. Sam mam mieszane uczucia, ale być może twórcy filmu byli bardziej zainteresowani samym procesem tworzenia, radością, którą przeżywali w trakcie niż zbytnio zastanawiali się nad konstrukcją fabuły. Kino naiwne, sztuka prymitywna?


Zombie Flesh Eaters




wtorek, stycznia 26, 2010

Pijąc gorącą herbatę...

Zima to okres wstrzymania oddechu, szybkich kroków i niezdarnych ruchów ciała na oblodzonym chodniku. To wtedy ludzie tulą się w sobie i zamykają twarze w ciemnych kapturach. Wówczas nawet nie musza już unikać wzroku niechcianych spojrzeń. Pory podczas których ulice pustoszeją są coraz dłuższe i miasto wygląda, jak wymarłe. Ci, którzy mają jeszcze to szczęście skrywają się w gromadzie najbliższych, czy przyjaciół. Jednak niektórzy nie mają już tego szczęścia ani nawet i domu, w którym mogliby się ogrzać. Ich ciała powoli schłodzone samotnością i mrozem zamieniają się w niechciane pomniki.

Zimą przypomina mi się zbrodnia, kaźń obozów koncentracyjnych, w których ogołocone/ogołoceni ze wszystkiego więźniarki i więźniowie byli zmuszeni stać na mrozie po dwadzieścia godzin. Czy są wśród nas i tacy wyczynowcy, których nie widzimy bowiem zamykamy wzrok pod ciemnym i głębokim kapturem. Obawiam się, że tak w istocie jest. Czy te mrozy w końcu nie zelżeją?

piątek, stycznia 22, 2010

Ponownie Robert Frank

Zdjęcia Roberta Frank'a
Czy to mnie inspiruję, chyba już nie, ale są i tak niesamowite.

Zakończenie



Wchodzę do budynku. Ciemny korytarz. Otwieram drzwi do klatki schodowej i powoli sunę na górę.

Na ścianach widzę obrazy pochodzące z mojego życia.


Znajduję się na ostatnim piętrze. Przede mną brudne okno i panorama monotonnych osiedli. Słyszę kroki i chrobot klamki. Ktoś stoi za drzwiami. Okno powoli otwiera się na oścież. Wieje zimny wiatr i zaczyna padać śnieg. Cicho i powoli otwierają się drzwi. Czuje zapach szpitalnego powietrza.


Otwieram zaspane oczy. Jednak nie budzę się w łóżku, a na czymś twardym i zimnym.

Jest noc.

Niedaleko stoi jakaś postać. Nieśmiało podchodzę bliżej i widzę moją zmarłą matkę. Jej twarz zasłania czarny welon

– Jak długo mam na Ciebie jeszcze czekać – mówi.

niedziela, grudnia 13, 2009

Rozmowa w progu

Miałem ostatnio dość nieprzyjemną rozmowę z jednym z moich znajomych, który kiedyś był dobrym moim przyjacielem.

Rozmawialiśmy, że tak powiem: w progu, w przerwie między tym, co już nastąpiło, a tym, co dopiero miało nastąpić, prawdziwa sytuacja "w rozkroku", zawieszenia, krótkiej, tymczasowej i często kurtuazyjnej rozmowy. Nawet przestrzeń sprzyjała takiej sytuacji, bo rozmawialiśmy w drzwiach, w przejściu. Nawet można dodać coś jeszcze. Obaj jesteśmy w wieku, w którym przechodzi się "na drugą stronę", w którym mężczyzna wchodzi w tzw. "smugę cienia".

Nasza rozmowa miała miejsce na wystawie niezależnej sztuki współczesnej w monstrualnym budynku, który można traktować, jako pamiątkę po polskim komunizmie.

- Spotykasz się teraz z tym nihilistą – zapytał mój znajomy.

- Kogo masz na myśli?

- Jak to kogo? "M". Uważaj na niego – on zwariował.

- Zwariował?

- No, wiesz to frustrat. Zaczął brać amfetaminę. Ma już prawie czterdzieści lat i wydał tylko jedną książkę i to też nienajlepszą, a powinien dokonać już znacznie więcej, bo jest bardzo zdolny. Życzę mu wszystkiego najlepszego.

- Tak? Co ty opowiadasz? Jak się z nim ostatnio widziałem to pił tylko herbatkę owocową.

- To dobrze. Rzeczywiście miał kiedyś problemy z alkoholem, ale z tego wyszedł, a potem wszedł w amfę.

- Wiesz, chyba musze już lecieć.

- Już? Co ty taki w przebiegu jesteś? Za dużo ludzi, co?

- Tak. Jak jest tyle osób to mózg zaczyna mi się lasować.

- Wiesz, ja też chyba musze się trochę towarzysko poudzielać, no to pa.

- Pa.

wtorek, listopada 03, 2009

Zapiski na temat sadomasochizmu

To, co zastanawia mnie w sadomasochizmie to ścisłe powiązanie przyjemności z bólem, poniżeniem i wykluczeniem. Przyjemność to zwykle dla większości ludzi zupełnie coś innego – ulga, rozkosz, uznanie i akceptacja. Dlaczego zatem znajdują się wśród nas tacy, którzy szukają przyjemności w sytuacjach, przedmiotach, zachowaniach, które łączą się z ciemną stroną ludzkiej natury: cierpieniem i rozpaczą?

Od początku sadomasochizm – szczególnie w dyskursie naukowym - traktowano, jako dewiację, coś nienaturalnego i właśnie nie zgodnego z "ludzką naturą". A to może oznaczać, że to, jak podchodzi się do zjawiska sadomasochizmu może być cenną wskazówką, jak ogół społeczeństwa definiuje coś co jest "normalne", a co nie jest, co jest zgodne z powszechnie przyjętym obrazem cech i właściwości człowieka, a co nie jest.

Zjawisko sadomasochizmu zostało wpierw oznaczone i zdefiniowane w obszarze nauk medycznych, szczególnie tych związanych z leczeniem ludzkiej duszy – psychologii, czy psychiatrii, ale też powiązane z badaniem ludzkiej seksualności (seksuologia). W obu przypadkach zostało ustawione obok innych "przerażających" i "odrażających" wynaturzeń, zboczeń, perwersji, chorób, dewiacji.

Pytanie: skąd się wzięło określenie "dewiacja", co oznaczało/oznacza takie określenie, jak "ludzka natura", które przecież mimo, że zostało wyklęte z obszaru dopuszczalnych w nauce pojęć nadal implicite jest obecne w naszym języku, rozważaniach, tekstach i stanowi główny punkt odniesienia dla wielu różnych, często zwalczających się stanowisk, postaw, wierzeń i poglądów.

Pytanie: czy rzeczywiście pojęcie sadomasochizmu zostało pierwszy raz użyte na gruncie psychiatrii i czy czasem wcześniej nie funkcjonowało pod może inną nazwą, ale nie, jako coś odrażającego? Jak postrzegano wcześniej zjawisko sadomasochizmu?