niedziela, lipca 01, 2007

Problem ze znikaniem

To już chyba miesiąc, a może nawet więcej. Nie pamiętam i nie chce pamiętać. Nie chce przepraszać ani błagać o przeproszenie. Po prostu znikam chyba już zupełnie. Dziś przechadzając się po warszawskiej starówce napotkałem zadziwiającego artystę, który rzeźbi... wciąż tylko w jednej zapałce. Anatol Karoń – bo o nim mowa tak urzekł mnie swoją osobą i swoją twórczością, że nie mogłem o nim tu nie wspomnieć.
Chociaż, jak jeszcze pamiętam, miał to być blog o horrorze i strachach, wampirach i demonach. Anatol Karoń jest bardzo daleki od tej tematyki, ale mimo to jakoś poruszyl moją duszę, zainspirował, natchnął. Więcej możecie zobaczyć na stronie.

czwartek, czerwca 07, 2007

Czy horror wchodzi do reklamy?

Reklama zwykle rzadko wykorzystuje strach, czy przerażenie, częściej woli poczucie humoru, silnie wykorzystuje skojarzenia związane ze statusem. Firma Play na pewno osiągnęła w dużym stopniu swój cel, jakim był rozgłos. Te reklamy wzbudziły zainteresowanie negatywne, ale co z tego, były na topie, pisano o nich, mówiono i w ten sposób zapadły nam mocno w pamięć. Obcięte palce, dzieci przebrane i występujące w rolach dorosłych, mięso na czekoladowym torcie – wszystkie te elementy są jakby nie z tego świata, nie pasujące do tego co uznajemy za normalność, świat codzienności. Dokładnie z tym samym mamy przecież w świecie horroru. Czy zatem możemy mówić o jakiś zasadniczych zmianach w reklamie, z zanikaniem poczucia humoru, a próbą rozpoczęcia eksperymentowania z wykorzystaniem mrocznych koszmarów? A jak to bywało dawniej, a jak to bywa gdzie indziej w innych krajach, czy reklama też styka się z horrorem i kiedy, w jakich sytuacjach to się dzieje?

wtorek, maja 29, 2007

Labirynt Fauna – inicjacja w dorosłość?

Są zapewne filmy, które trzeba oglądać, co najmniej dwa, trzy razy. Co do filmu „Labirynt Fauna”, który - jak większość z was na pewno się ze mną zgodzi - jest filmem niezwykle okrutnym - to warto go obejrzeć przynajmniej dwa razy. Jeden raz w kinie, a drugi – w domu już na spokojnie starając się wyszukać ukryte znaczenia i symbole. Chociaż musze przyznać, że to decyzja, którą mogą podjąć naprawdę odważni i zapaleni miłośnicy kina.
Nie o wszystkim można napisać i to wprost. Po obejrzeniu filmu najczęściej mamy mętlik w głowie. Ciśnie się nam tysiące skojarzeń, obrazów, oglądamy obejrzaną historię z wielu różnych stron – raz w zwolnionym tempie, a raz w przyspieszeniu. Jeśli chodzi o mnie to po wyjściu z kina nie mogłem się odezwać, wykrztusić ani jednego słowa. Nie ukrywam, że tego wieczoru udałem się do kina, aby trochę się rozerwać i zapomnieć o problemach codziennego dnia. A tu spotykam obrazy, które są jakby żywcem wyrwane z koszmarnego snu.
Zanim wyjawię wam, swoje odczucia i przemyślenia na temat filmu meksykańskiego reżysera Guillermo Del Toro „Labirynt Fauna”, – który, jak uważam jest jednym z najbardziej przejmujących filmów ostatniej dekady, warto abyście oddali się spokojnej lekturze innych recenzji i spojrzeli na film z różnych punktów widzenia – tak, aby móc porównać i wyrobić sobie własną opinię na temat tego niezwykłego dzieła.
Większość recenzji wskazuje zaledwie na kilka rzeczy: faszystowska Hiszpania, dwie rzeczywistości i ucieczka od tej prawdziwej w tą utkaną z obrazów dziecięcej fantazji - próba rekompensaty okrucieństwa, które mała dziewczynka przeżywa, na co dzień. Jednak w recenzjach tych zdecydowanie mało jest omówienia warstwy symbolicznej filmu. Po ich lekturze nadal nie wiemy, po co pojawia się Faun, do czego reżyserowi był potrzebny labirynt, kim jest okrutny stwór z oczami w dłoniach? Czy to tylko sprawnie wymyślone rekwizyty, fantazyjne detale, aby ukazać, co dzieje się, kiedy dziecko nie znajduję wokół siebie miłości? A co z postacią chorej matki? Dlaczego musi umrzeć? Jaką rolę w końcu spełnia postać okrutnego ojczyma? A gdzieś po drodze pojawia się postać Mandragory. Czy „Labirynt Fauna” to jeszcze jeden z tych filmów, w których ponownie przeżywamy dramat okresu dorastania? Reżyser po coś wraca do tego okresu. Niektórzy z was mogą przypomnieć sobie klimat z filmu, Dark Water - tam też mieliśmy wiele odniesień do ciemnych stron dzieciństwa i mogliśmy zobaczyć, co dzieje się z dzieckiem (dziewczynką), która nie znajduje miłości – już jako dorosła kobieta niebezpiecznie zbliża się do krawędzi jawy i snu. Pierwsze tropy, a w zasadzie jeden główny trop odnajdziemy w wywiadzie z reżyserem „Labiryntu Fauna”, który można przeczytać na stronach Dziennika. Pojawia się tam wspomnienie reżysera z okresu jego dzieciństwa. Gdy był małym chłopcem przychodził do niego faun – dokładnie taki sam, jak potem ukazany przez niego w filmie. Del Toro strasznie się go bał - był prawdziwie przerażony. Faun to niezwykle ciekawa postać. To postać – można powiedzieć – graniczna, transgresyjna. Przedstawia greckiego boga Pana (w starożytnym Rzymie znana, jako bóg Faunus). Początkowo traktowany, jako opiekun pasterzy i ich trzody. Potem utożsamiany z naturą, jako taką. Faun to postać, która zarówno może tworzyć, jak i niszczyć – to postać niezwykle kreatywna i destrukcyjna zarazem. Czyżby reżyser umieścił ją w filmie w roli strażnika, czy wręcz swoistego odźwiernego stojącego na granicy dwóch światów – tego profanum i tego sacrum? Mała Ofelia panicznie szuka drogi ucieczki ze świata rządzonego twardą pięścią przez jej ojczyma (uosabia on wszystkie cechy hiszpańskiego macho, prawda, że wszystkie one zostają doprowadzone do granicy szaleństwa, wręcz przerysowane) i w końcu spotyka Fauna – postać równie straszną, ale jednocześnie dającą nadzieję wyzwolenia - niestety pod pewnymi, ściśle określonymi warunkami. Ofelia, aby móc wydostać się z kręgu zła, które uosabia jej ojczym Vidal musi wykonać trzy trudne zadania. Po pierwsze, musi uratować ginące drzewo, które umiera zjadane przez olbrzymią ropuchę. Dziewczynka musi wejść do środka, znieść brud i niewygody i zabić ropuchę. To zadanie, chociaż niełatwe udaje jej się wykonać. Drugie, polega na wydobyciu klucza z mrocznej komnaty, w której znajduje się stół zastawiony przepysznym jedzeniem, pilnowany przez postać, która widzi jedynie wówczas, gdy włoży swoje gałki oczne w środek swoich dłoni. Faun jednak ostrzega Ofelię, aby nie ważyła się dotknąć niczego ze stołu. Jednak mała dziewczynka ulega pokusie i spożywa jeden z zakazanych owoców. To budzi strasznego strażnika i Ofelia ledwo ucieka przed śmiercią. Faun jest niepocieszony, oskarża Ofelię o niedotrzymanie obietnicy i znika. Czy czasem te zadania nie są swoistą formą inicjacji – inicjacji potrzebnej, aby doświadczyć świata sacrum, ale jednocześnie, aby znaleźć moc i poczucie bezpieczeństwa w sobie samym i stać się dorosłym. Wskazówką, że możemy mieć tu do czynienia z inicjacją/przejściem jest labirynt, który związany jest z trzecim zadaniem. Faun w końcu decyduje się ostatecznie pomóc Ofelii, ale ta, aby znaleźć drogę wyjścia z koszmarów świata profanum musi odnaleźć sekretne przejście w labiryncie, a gdy już to uczyni ma za zadania dokonać krwawej ofiary ze swojego małego braciszka. Przejście odnajduje, ale zawierzając swojemu sercu Ofelia nie ulega pokusie Fauna i nie czyni zła – i w ten sposób staje się wolna. Okrucieństwo jest naprawdę czasem okrutne, ale aby je znieść albo wręcz się jemu przeciwstawić musimy stanąć z nim w twarzą w twarz. Chcąc to uczynić nie możemy polegać na kimś z zewnątrz, stać biernie i pełni przerażenia lub szukać schronienia w magicznym świecie – musimy skierować się do swojego wnętrza i przejść na drugą stronę – tak, aby nie uciekając od emocji, strachu, bólu móc stawić czoła bestii.
Na koniec jeszcze zagraniczne ujęcie tematu:
jeden tekst z The Guardian
i drugi tamże

niedziela, maja 13, 2007

Rycina 4

Nie udało mu się jednak zakończyć filmu. Szok był zbyt duży. Nieszczęśnik tak się przestraszył, że dostał zawału serca i zmarł na miejscu. Rano znaleziono jego ciało w ogrodzie „feralnego domu”, a nieopodal leżał telefon komórkowy z nagranym filmem.

piątek, maja 11, 2007

Rycina 3

Dźwięki nabierały impetu, przyspieszenia, stawały się coraz bardziej wyraźne i przerażające. Nie chciał tego słuchać, a mimo to włączył kamerę w swoim telefonie komórkowym i nawet nie zatrzęsła mu się ręka. Jakby chciał odwrócić swoją uwagę od głosów, które teraz uchwycił spośród nadchodzących dźwięków. Z całą premedytacją filmował scenę za sceną, jakby to był film, ale to nie był film tylko pogrzeb wystylizowany na tragiczno-komiczny rytuał.

wtorek, maja 08, 2007

Rycina 2

Najpierw usłyszał przejmującą ciszę. Po krótkiej chwili usłyszał cichy szmer. Zrobił kilka kroków naprzód. Szmer przerodził sie w rytmicznie powtarzające się dźwięki, które wydały mu się dziwnie znajome. Znowu przystanął. Nasłuchiwał.

piątek, maja 04, 2007

Rycina 1

Przyszedł mi do głowy taki oto początek pewnej historii. Był sobie dość już wiekowy dom, w którym mało, kto chciał zamieszkać. Bo tylko ktokolwiek odważył się do niego wprowadzić ginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Dom znajdował się w cichej okolicy i naprawdę niebrzydkiej. Wokół rosły przepięknie rozłożyste, wiekowe drzewa. Latem mieszkańcy mogli cieszyć się przyjemnym chłodem, zaś zimą podziwiać fantazyjnie układające się na gałęziach fałdy śniegu, co sprawiało wrażenie przebywania w baśniowej krajnie. I przez to dom ów znajdował wciąż nowych lokatorów, a raczej lokatorki.
Dziwne to były w istocie historie. Zazwyczaj wyglądało to tak. Do owego domu wprowadzała się starsza już dama, z myślą zapewne o tym, aby zasłużenie po trudach życia móc w tym pięknym zakątku kraju wreszcie sobie odpocząć. I rzeczywiście tak się działo, chodź może nie do końca zgodnie z planem owej lokatorki. Kiedy tylko mijał okres zaledwie miesiąca owa nieszczęsna kobieta już nieżyła. Jej ciało odnajdywano w strasznym stanie, zazwyczaj w kuchni, z rozciętą na pół głową, w kałuży krwi wypływającego mózgu. I co najdziwniejsze za każdym razem historia przebiegała w ten sam sposób.
Nikt nie potrafił odszyfrować tej koszmarnej zagadki. Znalazł się nawet sławny na cały kraj detektyw, który próbował rozwiązać ów mroczną tajemnice tragicznie zmarłych, starszych dam – nic z tego. Sprawca nie pozostawiał żadnych śladów, ani znaków. Nikt z sąsiadów nie słyszał żadnych dźwięków, krzyków, hałasów etc. etc. Jakby nic się nie stało – można by pomyśleć, a jednak rano starym zwyczajem odnajdywano nowe zwłoki.
Nikt nie wiedział tylko o tym, że w owej przepięknej i jednocześnie tragicznej okolicy pomieszkiwał nikomu nieznany bezdomny. Jedno, co można o nim powiedzieć, że był ogarnięty pasją posiadania elektronicznych gadżetów. Mógł chodzić cały dzień głodny, ale musiał mieć najnowszą komórkę, prawdziwy full-wypas, jak to teraz mówią młodzi i to koniecznie z kamerą i aparatem fotograficznym. Nie ma, co, niezły był z niego goguś, prawdziwy miłośnik nowych trendów. Pewnej nocy, ukradkiem zakradł się do owego feralnego domu, z myślą, że a nóż widelec uda mu się wykraść jakieś nowoczesne cudeńko, jakiś nowy hit mody, niezwykły aparat fotograficzny, cyfrową kamerę lub mp3. Chodź już miał ich, co niemiara, ale wciąż było mu mało. Nie do końca był oczywiście świadomy, co się w owym domu dzieje, a już zupełnie nie spodziewał się tego, co zobaczy tej nocy w ogrodzie.

środa, kwietnia 11, 2007

Apokalipsa według Koonza

Głębia i powaga tematyki, którą porusza książka wcale nie muszą iść ze sobą w parze. W swojej książce pt. „Apokalipsa” Dean Koonz sięga po temat zagłady rodzaju ludzkiego. Temat od dawien dawna zaprzątający ludzki umysł. Już apokalipsa według Św Jana groziła nam, śmiertelnikom, że kiedyś nastąpi nasz koniec. To na pewno temat poważny – nie ważne kto jakie ma poglądy i jaką religię wyznaję - uważam, że możliwość końca świata zawsze należy brać pod uwagę. Nie w sensie, że jest to możliwe lub nie, ale w takim, że warto się zatrzymać i zastanowić, co może się stać, jeśli nie zaprzestaniemy uprawiać gospodarki, której jedynym celem jest zysk, a skutkiem - eksploatacja wszystkiego co się rusza.
Dean Koonz uznawany jest za jednego z głównych konkurentów Stephena Kinga – mistrza amerykańskiego horroru. Jednak jego książka „Apokalipsa” – moim zdaniem - nie jest w żadnej mierze konkurencją dla „Bastionu” – powiesci autorstwa Kinga, która również dotyka motywu końca świata. Koonz może rzeczywiście umie przerażać, ale to, w jaki sposób to czyni może jedynie przerazić delikatnego młodzieńca, który dopiero co próbuję wyrwać się z matczynego domu. To po pierwsze. Po drugie – historia, którą opowiada nie jest oryginalna. Czytając Apokalipsę Koonza wciąż miałem wrażenie, że już kiedyś widziałem, czytałem podobne historie.
Na pewno trzeba autorowi przyznać jedno. Potrafi sprawnie snuć opowieść, ale jest to opowieść zbudowana z precyzją doświadczonego technika i daleko jej do tego, jak taką historię opowiedziałby prawdziwy mistrz. Mimo to opisywane wydarzenia łączą się w logiczną całość. Ok. Ale powaga poruszanej tematyki sugerowałaby coś więcej, coś co poruszyłoby czytelnika do głębi, do trzewi. Tu tego nie mamy.
Zacznijmy od bohaterów. Już na pierwszych stronach poznajemy małżeństwo. Może nie takie, jakich wiele, bo żona to znana pisarka, a mąż to opiekuńczy i zdecydowany mężczyzna, który w swoim życiu parał się wieloma rzeczami - w chwili kiedy go poznajemy zajmuje się akurat stolarstwem. Początek całej historii jest ciekawy i nawet może wzbudzić w czytelniku mały dreszcz przerażenia. Chociaż postaci bohaterów czasem wydają się jakby narysowane kreską sprawnego rysownika i w małym stopniu przypominają żywe osoby.
Wyobraźmy sobie, że nie możemy z jakiegoś powodu zasnąć, coś nie daje nam spać. Z początku zupełnie nie wiemy, co to jest. Takie doświadczenie przydarzyło się Molly – głównej bohaterce opowieści Koonza. W środku nocy coś ją obudziło. Nie mogąc już zasnąć postanowiła popracować nad swoją powieścią, włączyła komputer... i wpierw usłyszała... dźwięk padającego deszczu, a potem dziwny szmer na werandzie. Niby nic – każdemu z nas przecież może to się przytrafić. W nocy zwykle panuje cisza i każdy nawet najcichszy dźwięk budzi niepokój, a jeśli nawet nie budzi zaniepokojenia to zwykle na chwilę przystajemy i próbujemy dowiedzieć się, co go spowodowało. Szczerze mogę powiedzieć, że ta scena mnie zaciekawiła i mocno zapragnąłem dowiedzieć się, co będzie dalej.
Ale się rozczarowałem. Po wciągającym wstępie następuje nienaturalne wręcz przyspieszenie wypadków. Jesteśmy świadkami prawdziwego pogromu. Pojawiają się grzyby, które przybierają nieziemskie rozmiary, ludzie popełniają samobójstwa lub biegają, jak szaleńcy, a po niebie przelatują dziwne, olbrzymich rozmiarów statki kosmiczne, zupełnie nie podobne do niczego, co do tej pory znała ludzkość. W końcu, jesteśmy świadkami pojawienia się surrealistycznych stworów, które zabierają ludziom ich twarze. I nagle wszystko znika i nie wiadomo tak do końca, co to wszystko miało znaczyć. Tylko na samym końcu historii główna bohaterka próbuję rozwikłać całą zagadkę i trzeba przyznać robi to niezbyt przekonująco, Koonz daje do zrozumienia, że mieliśmy do czynienia z prawdziwym Sądem Bożym – to rozpasana ludzkość poniosła zasłużoną karę za grzechy.
Powieść Deana Koonza to typowo amerykańska przypowieść, że trzeba być twardym i nieugiętym, zaradnym i walecznym. A najważniejsze to trzeba mieć nadzieję i oparcie w rodzinie. Dla mnie to trochę to za mało, jak na tak poważny temat, jakim jest apokalipsa i zagłada ludzkości.

poniedziałek, marca 26, 2007

Mroczne światy pożądania

Dziś trochę moich przemyśleń na temat filmu Jay Miracle „Ofiara pożądania”. To chyba jeden z pierwszych filmów na polskim rynku na temat kobiecej dominacji. Może pierwszy nie. Bo z podobną przecież tematyką mieliśmy do czynienia w filmie Stevena Shainberga „Sekretarka”. Ale tam to mężczyzna był stroną dominującą, a kobieta czerpała przyjemność z bycia uległą. Mimo to nadal sfera SM wywołuje strach i jest nie akceptowana. Polski dystrybutor filmu chcąc pewnie za wszelką cenę uciec od bezpośrednich skojarzeń z podziemiem SM przetłumaczył oryginalny tytuł filmu „Submission L.A” jako „Ofiara pożądania”. Także opis filmu zamieszczony na opakowaniu opisuje relacje, jakie panują między dominą, a jej niewolnikiem, jako toksyczny związek i manipulacja. Nie ma co się oszukiwać. Świat widzimy w dużej mierze po przez pryzmat języka, jakim się posługujemy. Temat, który jest dla nas niezrozumiały, naznaczony, jako tabu najczęściej umieszczamy po stronie zła, ciemności, używamy pojęć moralności katolickiej, czasem wykorzystując terminy z pogranicza medycyny lub takie, które stosuje psychoterapia. A zatem mamy słowa: zło, zboczenie albo właśnie toksyczny związek, manipulacja... „Submision L.A.” film oparty jest na prostym scenariuszu. Mamy do czynienia raczej z kilkoma, luźno ze sobą powiązanymi scenami, niż snującą się jednolitym nurtem historią, w której pojawiające się epizody są logicznym następstwem zdarzeń. Każda z ukazanych scen mniej lub bardziej nawiązuje do tematyki kobiecej dominacji. Możemy zobaczyć, jak to wszystko naprawdę wygląda. Jak toczy się ściśle skodyfikowana gra pomiędzy Panią, a jej niewolnikiem. Główny bohater filmu Dade to uznany i ceniony reporter telewizyjny. Żyje razem z żoną w dużym luksusowym apartamencie. Z pozoru niczego mu nie brakuje, ale widz szybko może zauważyć, że między nim, a jego żoną coś jest nie tak. Jego namiętność do ukochanej wyraźnie się już wypaliła. Zresztą te wypalenie dotyczy także innych sfer jego życia. Nic go już nie cieszy, żyje jak duch snując się po świecie zupełnie nie wiedząc, co ma zrobić ze swoim życiem. Sytuacja zmienia się diametralnie kiedy Dade spotyka na przyjęciu tajemniczą kobietę. Jej elegancki wygląd i wyniosły sposób bycia szybko przyciągają jego uwagę. Kontakt zostaje nawiązany. Dominiq, bo tak ma imię owa nieznajoma, zostawia w sekrecie swój adres. Dochodzi do spotkania. Bardzo szybko nasz bohater ulega fascynacji mrocznym światem SM. Wpierw tłumaczy sobie sytuację, w której się znalazł potrzebą napisania artykułu, ale wiemy, że to nie jest cała prawda. Prawda leży gdzie indziej – to gra ze sobą samym i skrywanymi pragnieniami. Dla Dade Dominiq staje się coraz bardziej bliższa, zawiązuje się pomiędzy nimi silny i pełen namiętności związek. Wejście w sferę cienia powoduje w bohaterze przemianę. Teraz już zupełnie inaczej będzie widział otaczający go świat. Film ogląda się dobrze. Chociaż trzeba przyznać, że nie jest to obraz, który uwodzi widza grą aktorską czy nawet samym scenariuszem, ale snujący się powoli klimat mrocznego pożądania wciąga i potrafi przykuć uwagę widza.

czwartek, lutego 15, 2007

Znaczenie tajemnicy

Żyjemy w świecie, w którym większość naszych działań zostało sprowadzonych do czystej ekonomii. Znaczną część dnia spędzamy w biurze na myśleniu i działaniu w imię sprzedaży jakiś produktów i usług. Do pewnego stopnia praca zajmowała nasz czas na pewno i kiedyś, może nawet tego czasu zabierała nam znacznie więcej niż teraz. To banalne i oczywiste pomyśli przypadkowy czytelnik. Tak to z pewnością prawda. Ale dawniej mieliśmy do czynienia z całą sferą doświadczeń i myśli, która odwoływała się do czegoś jeszcze innego niż tylko zasady ekonomii. Potrafiliśmy przeżywać religijne rytuały w prawdziwym uniesieniu, sfera sacrum posiadała uznane i poważane miejsce w naszym życiu. Więcej nawet, to ona przede wszystkim była przewodniczką i drogowskazem dla naszych poczynań, dawała nam oparcie, wyzwalała w nas emocje, wreszcie sprawiała, że bolesne doświadczenia, jak ból, choroba i w końcu śmierć były czymś naturalnie wpisanym w cykl naszego życia. Sfera sacrum narzucała, nieraz bardzo bezwzględne i często zupełnie nie efektywne ekonomicznie, zasady postępowania. Jednak dzisiaj została sprowadzona do duchowego podziemia, czy nawet zepchnęliśmy ją do własnej podświadomości. Dzisiaj życie polega na ciężkiej pracy i na... zabawie. Nasze całe spektrum działań zostało sprowadzone do dwóch głównych i zasadniczych ról – do roli planisty marketingu i do roli konsumenta. Wszystkie anomalie, bolesne przeżycia wypieramy, jedynie czasem pozwalamy sobie na kontrolowanie przeżywanie ich w sposób wirtualny. Tym samym wyrzuciliśmy poza nawias wszystkie demony, lęki, ułomności, strachy do ciemnych i niewidocznych zakamarków naszego umysłu.
Czy czasem w pewnym momencie nie grozi to wszystko nagłą erupcją agresji i nienawiści? Po części już teraz mamy tego przykłady w postaci wzrostu przestępczości w szkołach, czy coraz częstszych scenach przemocy i poniżenia pokazywanych przez media. Brak sfery pozbawionej znaczenia ekonomicznego sprowadziło nasze życie do szeregu pustych i pozbawionych sensu codziennych rutyn. Odczuwamy ból, głęboki brak sensu, nie potrafimy już uwierzyć w duchy, z bajek usuwamy makabryczne sceny, staramy się aby nasze domy były białe i sterylnie czyste. Ale mimo to wciąż czegoś nam brakuje. W wieku 40-stu lat zaczynamy nadużywać alkoholu, wcześniej rezygnując w imię rodzinnej stabilności z młodzieńczych używek, jak narkotyki i papierosy. Kołaczemy się w kółko, jak zombi, chociaż w prawdziwość ich istnienia dawno już przestaliśmy wierzyć. Paradoksalnie wcześniej odczuwaliśmy przed nimi strach, odprawiając rytuały, nad łóżkiem wieszając czosnek w obronie przed wampirami. Teraz jesteśmy nieludzko spokojni. Ale jednocześnie nie potrafimy już się zatrzymać. Gnamy, jak opętani za szczęściem, które trwa tylko chwilę. Zbieramy jego okruchy w swoje drżące dłonie, by za chwilę przekonać się, że znów są puste.

Marginalne społeczności

Zawsze interesowały mnie światy marginalne, zapomniane, spychane gdzieś na bok. Może wynikało to z mojego wcześniejszego doświadczenia. Nigdy, jak sięgam pamięcią, nie udało mi się wejść w jasne struktury społeczeństwa, zająć widocznej, będącej na piedestale pozycji, odnaleźć powiązania z oficjalnym światem normalności. Zajmowała mnie historia odmieńców, kalek, schizofreników, outsaiderów, poetów straceńców. Długo, bardzo długo pragnąłem przebić się do jasnej strony mocy, normalności. Ale nic z tego, podziemny świat ściągał mnie wciąż w dół i w dół do ukrytych i nie widocznych zakamarków dewiacji, przerażenia, depresji, obłędu. Stąd pewnie zainteresowanie horrorem. Chociaż tu przyznać się muszę, że ów świat demonów, nawiedzonych domów, zombi, wampirów przeraża mnie nieustannie, fascynuje ale i odstręcza, chcę go poznać ale jednocześnie się go boje. Dlatego tak rzadko tu jestem, pojawiam się, nie potrafię zagłębić się w temat, poświęcić mu się bez reszty. Czasem tylko przychodzi mi na myśl, że gdybym tak jednak tego spróbował dokonać to od razu widzę taki oto obraz, że spotykam się ze śmiercią w twarzą w twarz. Przerażające. Jakbym budził się w środku nocy cały zlany zimnym potem. Prędzej już udawało mi się dłużej obcować ze światem SM, seksualnych wynaturzeń, fetyszów. Chociaż i tu skrywałem się z tym bardzo długo. Nie wyjawiałem moich zainteresowań przez lata. Oto teraz to czynie. Napominam ukradkiem, mimochodem na zapomnianych stronach internetu, szumiącej nieustannie sieci anonimowych spojrzeń. Czynie to jednak nie bez pewnego zawstydzenia i lęku, że zostanę zdemaskowany i wskazany palcem przez przypadkowych przechodniów w drodze do pracy. Światy marginalne, ciemne zaułki, opary opium, krzyki przeraźliwie brzydkich kurew i ciche szepty dochodzące zza rogu. Ale to nie tylko tajemnica jest tak fascynująca. To także potrzeba ekspresji i uwolnienia emocji. Ekstrawaganckie stroje, wykrzywione twarze w przedziwnych grymasach, lateks, skóra, futra, ciężki zapach perfum. Poszukiwanie własnej drogi poprzez wciąż skrywane demony. Tu zaczyna się moja fascynacja modą, ale też modą marginalną, mającą na celu zniewolenie, upokorzenie, powolną ewolucję w bezkres i samozatracenie, wykorzystującą przebiegłe techniki manipulacji i strategie uwodzenia. Chwila i tymczasowość, ekstaza, eksces i strach i tlący się pod powierzchnią cały czas paraliżujący lęk, ucieczka, jeszcze raz ucieczka od światła dnia, normalności i porządku. Tworzenie własnego, wymyślonego od podstaw porządku. Czy jest sposób aby metodycznie i spokojnie zmierzyć się i poznać ten zakazany świat i to w taki sposób, w jaki prowadzi się badania socjologiczne? Może warto spróbować poszukiwania od wirtualnej antropologii szaleńców, społeczności SM, organizacji grupujących wyznawców teorii spiskowych, fetyszystów, niespełnionych artystów, gejów, transwestytów? Jakie tropy by do nich prowadziły? Może najprościej zobaczyć z czym łączy się horror i przerażenie – dwa słowa klucze, a może za nimi znajdują się drzwi do wyzwolenia, droga prowadząca do wolności albo zupełnie inaczej – droga prowadząca do czystego szaleństwa.
Każdy świat kieruje się swoją własną dynamiką, wyznaje określone zasady i normy i mimo, że jest marginalizowany to stara się na wszelkie sposoby uniknąć chaosu i entropii. Internet jest w pewnym sensie katalogiem. Blog można, z kolei określić, jako – na różne sposoby – pisany komentarz do owego katalogu. Autor bloga znajduje dojście do jednej z wybranych szuflad, która grupuje materiały – dajmy na to dotyczące postaci z gier komputerowych. Wyjmuję pierwszą z brzegu kartę, przygląda się jej uważnie i pisze doń komentarz, potem wyjmuję następną i znowu pisze swoje przemyślenia, uwagi, dodając przy tym przypisy do innych kart na podobne tematy znajdujących się w innych sąsiadujących szufladach.
Ale tu pojawia się pierwsza wątpliwość, czy w takim świecie pasji, koncentracji jedynie na swoich wąskich zainteresowaniach jest możliwa historia, pamięć i jaka pamięć? Czy na przykład społeczność SM potrzebuje w ogóle jakiejś historii, którą skrzętnie zostawałaby zapisywana, odczuwa potrzebę gromadzenia pamiątek, snucia opowieści? Zapis koncertów, zdjęcia ze spotkań, wystaw, wystąpień podziemnych artystów, tajemnych orgii – to wszystko, co jest możliwe do zapamiętania. Ale przecież historia ta sprowadza się jedynie do uwiecznienia chwil, krótkich momentów, z którymi wiąże się najczęściej miłe spędzanie czasu, wysłuchanie ulubionego pisarza, czy pamięć o pożądaniu, jakie odczuwali uczestnicy wpatrzeni w ostry nosek eleganckiego pantofelka. Ale zboczyłem z głównego tropu. Powróćmy zatem do pierwotnego pytania, czy jest możliwa eksploracja społeczności marginalnych? Od razu chciałbym zaznaczyć, że za określeniem ‘społeczności marginalne’ nie musi wcale kryć się świat marginesu społecznego w sensie niskiego statusu, wręcz przeciwnie społeczności te mogą grupować osoby żyjące na znośnym poziomie lub nawet osoby zamożne. Ważne jest tu co innego. Społeczności marginalne to raczej takie zgrupowania, które przyjmują określony styl życia, ich członkowie zafascynowani są określonym tematem/tematyką niekoniecznie podzielaną i akceptowaną przez większość społeczeństwa. Ważne jest dla nich to, że skoncentrowane są na realizacji własnych, najczęściej właśnie marginalizowanych społecznie, potrzeb, przyjmują określoną estetykę, sposób zachowania, czytają takie, a nie inne książki.

czwartek, lutego 01, 2007

Filmy, które przerażają

Nie ważne, ile w swoim życiu obejrzeliście już przerażających filmów, ważne, czy lubicie się bać, jeśli tak, to spójrzcie na te dwa, krótkie amatorskie produkcje. Oba filmy znalazłem szukając czegoś związanego z horrorem na serwisie Youtube. Pierwszy to naprawdę klimatyczny i mroczny obraz, potrafi wciągnąć i zahipnotyzować widza. http://www.youtube.com/watch?v=cw6sqp38rNA Drugi... zresztą sami zobaczcie. http://www.youtube.com/watch?v=3Lbufds1r48

sobota, stycznia 20, 2007

Nawiedzone domy

Znowu wracam. Zupełnie, jak duch. Nieznany nikomu i niewidoczny. Pojawiam się tutaj zostawiając niewielki ślad i ponownie znikam na całą wieczność. Tak sobie pomyślałem, że to dobry pretekst aby wspomnieć kilka słów o nawiedzonych domach, które przecież przez większość czasu stoją puste, no może niezupełnie puste... Jedynie czasem zdarzy im się gościć jakiś przypadkowych przybyszów. Zupełnie, jak mój blog. Przeglądając internet – nie ukrywam, że dość pobieżnie - natknąłem się na takie miejsca o nawiedzonych domach: Hauntedhouse Hauntedhouse Magazine Hauntworld Nieco materiału podaje też, jak zwykle niezastąpiona Wikipedia - por. Haunted House W polskiej Wikipedii znajduje się tylko streszczenie filmu „Nawiedzony dom” jednego z dziewięciu filmów krótkometrażowych składających się na serię Animatrix, której reżyserem jest Koji Morimoto. W 1991 roku ukazała się książka na temat domów, które swoim mieszkańcom przynoszą same nieszczęścia - „Domy, które zabijają”, autorstwa niejakiego Rogera de Laforesta. Książka może nie tyle dotyczyła nawiedzonych domów w tym sensie, że nie opowiadała o miejscach, w których mieszkają duchy lub inne dziwne stworzenia pochodzące z zaświatów. Jej autor zajmował się historią domów, które sprzyjały zapadaniu na ciężkie choroby albo nawet prowadzily do śmierci, wszystkich tych, którzy próbowali w nich przez dłuższy czas zamieszkiwać. Lektura naprawdę inspirująca – tak mocno, że pamiętam to jeszcze dziś – sam chciałem głębiej zająć się tematem i odszukać jeden z takich domów. Cavernsofblood - a to dla tych, którzy chcą się troszkę przestraszyć i jednocześnie mieć z tego dobrą zabawę...

poniedziałek, października 30, 2006

Strachy na lachy powracają

Mocno już chyba przesadziłem... Nie pisałem już prawie miesiąc. Nieźle. Moja systematyczność jest chyba bytem wirtualnym, wymyślonym dla potrzeby rynku. Jestem zwyczajnym leniem i piszę tego bloga bo wszyscy piszą, ale tak naprawdę to nie mam nic szczególnego do powiedzenia. Dziś chwyciłem za klawiaturę, no bo jak to, już niewypada. Nawet mój dobry przyjaciel zaczął pisać bloga, zresztą sami możecie spojrzeć . To się dopiero nazywa bicie piany, ha. Ale nie mam wyboru, jak nie będę pisał to już zupełnie zapomnę o tym, jak się piszę. Wroćmy do historii o młodym Paniczu. W końcu udało mu się otworzyć drzwi. Ich dźwięk był najgorszym, najbardziej przerażającym z dźwięków, jakie usłyszał w swoim życiu. Przypominał dźwięk łamanych kości i jednocześnie stłumionego krzyku przerażonej czymś potwornie osoby. Ale nie to było najgorsze. Najgorsze było co innego. Samo wnętrze zamku. Każdy jego detal, szczegół wydawał się znajomy. Wpierw nie mógł sobie przypomnieć skąd go zna, pamięta. Dopiero gdy wszedł głebiej uświadomił to sobie. I to właśnie było najbardziej przerażające. Wnętrze zamku było mu znane bo znajdujące się w nim meble, kolor ścian, stół z długimi czerwonymi wazonami, ponure porterety byłych właścicieli – wszystko to kiedyś widział w swoich snach. Obecne jeszcze na zewnatrz samozadowolenie prysło zupełnie, doszczętnie wyparowało. Już nie potrawił się dalej oszukiwać. Wiedział to doskonale – był przerażony. Ale nie mógł zupełnie zawrócić. Jakaś siła pchała go dalej i dalej w mroczne korytarze zamczyska. Wszędzie czuć było stęchliznę i zapach starych, prawdawnych czasów.

środa, września 06, 2006

Nowy film

Byłem dzisiaj na filmie, niezwykłym filmie. Chwilami miałem nadzieję, że budzę się jak ze snu, że coś widzę tylko nie wiem jeszcze, co. Co prawda, muszę to przyznać, że wiele już razy doświadczyłem takich "przebudzeń" i nic się nie działo. Jednak tym razem to wrażenie było naprawdę przejmujące. "Kobieta w błękitnej wodzie" - film M. Night Shyamalan'a - reżysera takich filmów, jak "Szósty zmysl", "Znaki", czy "Osada". "Kobieta w błękitnej wodzie" to film z pogranicza horroru, fantasy czy nawet baśni. Nie każdy może będzie tym filmem zachwycony, bo nie każdy pewnie jest otwarty na dawne opowieści, czy mity. A te, jak wiadomo mają swoją właściwą tylko sobie symbolikę. I nie ważne, że takim symbolem może być krzyżówka, czy opakowanie po płatkach śniadaniowych - takie to przedmioty Shyamalan wykorzystuje, aby przekazać widzom dawno zapomniane historie. Może to z początku wydawać się śmieszne, ale zapewniam każdy, kto czytał stare baśnie nie po przestanie na śmiechu. Wszystko w tym filmie dzieje się w wokół basenu i domu zamieszkanego przez postaci, których okreslenie: barwne to zbyt mało – każda z nich jest na swój sposób fascynująca. Bohaterem filmu jest gospodarz owego domu - Cleveland Heep, czterdziestoletni mężczyzna, który wybrał taki sposób na życie z powodu tragicznych wydarzeń mających miejsce w przeszłości. Kilka lat temu pod jego nieobecność ktoś wszedł do jego mieszkania i zamordował całą jego rodzinę. Praca w charakterze gospodarza to dla niego swoista pokuta – wciąż, bowiem nie może przestać obwiniać samego siebie za śmierć swojej rodziny. Dawno, dawno temu dwa światy: nasz i ten pełen magii i duchowego piękna Błękitny Świat funkcjonowały wzajemnie się przenikając, jednak w pewnym momencie ludzie zapatrzeni jedynie na doczesne korzyści zapomnieli i stracili kontakt ze światem wodnych istot. To tak jakby stracili kontakt z samym sobą. Teraz już nie wiedzą, kim są i dokąd podążają. Tak też doświadcza życie Cleveland – schowany przed światem w małym domku stojącym nieopodal basenu, żyjący z dnia na dzień, zajęty drobnymi naprawami i pilnowaniem porządku. Wszystko się zacznie zmieniać, kiedy pokutujący gospodarz spotka na swojej drodze życia piękną Story – narfę, która jest jedną z wielu mieszkańców Błękitnego Świata. Chociaż ona sama nie wie, kim jest razem z Clevelandem i innymi mieszkańcami domu nad basenem będą w stanie odnaleźć swoje miejsce i cel. Shyamalan czerpiąc inspirację z opowieści, którą opowiadał na dobranoc swoim dzieciom stworzył film, który pozwala widzom przypomnieć sobie, że nie wszystko musi sprowadzać się do oczywistych faktów i codziennej egzystencji. Istoty ludzkie są powołane do pamiętania o swoich korzeniach. Na pewno słuchanie opowieści, baśni i mitów pozwala słuchaczom, czy widzom dotknąć tej części samego siebie, o której często już dawno zapomnieli. Dla ciekawych innego spojrzenia na ten inspirujący film zamieszczam też linki do stron: Esencji - internetowego magazynu poswieconego kulturze popularnej i dzialu filmowego Gildii.pl - serwisu na temat różnorakich aspektow związanych z filmem, grozą, grami itp.

czwartek, sierpnia 24, 2006

Stephen King - Stukostrachy

Głęboko wierze, że lektura książki może pozowolić zobaczyć rzeczy, których zwykle nie dostrzegamy. Dać nam szansę na dotkniecie, chociaż może nawet chwilowe, pewnych rzeczy, o których zwykle boimy się myśleć, nie mówiąc o wypowiadaniu ich na głos. Książka „Stukostrachy” autorstwa Stephen Kinga w dużej mierze może wywołać taki efekt. Choć z góry uprzedzam nie wszystkim może się ona spodobać. Raz, bo nie ma w niej zbyt dużo klasycznego dla tego pisarza klimatu grozy, napięcia, a dwa, że – choć pod tym względem nie jest już tak wyjątkowa w porównaniu do innych pozycji tego pisarza – jej zakończenie przypomina niekończący się włoski western w rodzaju „zabili go i uciekł”.

A jednak. Coś jest takiego w tej opowieści, że nie warto zupełnie rezygnować z jej lektury. Jak zwykle u Kinga cała historia zaczyna się w sennym, małym amerykańskim miasteczku, gdzieś na prowincji, w którym mieszkają tak zwykli i zanurzeni w swojej codzienności ludzie, że to, co potem ma miejsce jest tak silnym kontrastem, że pozwala obudzić w czytelniku zastanowienie i chęć zrozumienia czegoś więcej niż rozwiązywanie codziennych problemów. Dla mnie jest to przede wszystkim opowieść o dwóch ważnych sprawach. O wzajemnych relacjach, które możemy obserwować w małych lokalnych wpólnotach, ale też w najbliższym otoczeniu, w rodzinie, w pracy. A druga to przemiana – przemiana, która z początku, z pozoru nie widoczna, powoli zmienia wszystko, włączając te dobrze już nam znane z codziennej krzątaniny relacje między ludźmi. Może przesadzam, może szukam igły w stogu siana. Mamy przecież do czynienia z literaturą popularną – może w wykonaniu takiego mistrza, jak Stephen King, ale jest to tylko zawasze książka skierowana do określonej grupy odbiorców – miłosników dobrego horroru. Gdy gasną reflektory ulicznych latarni i na dworze panuję ciemność to za drzwiami mogą zacząć stukać stukostrachy i wtedy wszystkie oczywistości rozsypują się w drobny pył, a znane nam dotychczas osoby przestają zachowywać się znajomo i nie wiemy tylko, czy one się zmieniły, czy też my sami uleglimy przemianie. A wszystko może rozpocząć się od mało znaczącego szczegołu – potkniecia się o coś wystającego w ziemi, o coś co zwróci naszą uwagę, a potem bez opamiętania – naszą ciekawość. Zawładnie nią tak mocno, że nie będziemy w stanie się niczym innym zająć, jak wciąż próbować znaleźć odpowiedź. To właśnie przydarzyło się bohatercę tej powieści i to własnie było przyczyną przemiany jej samej i wszystkich mieszkańców miasteczka. Stephen King w swojej powieści nazywa sprawy po imieniu, chociaż można się spierać, czy robi to wprost. W lesie, przy którym bohaterka potyka się o niewielki wystający z zmiemi przedmiot czai się zło, które nie jest z tego świata. Tylko można się zastanawiać, czy jest czymś z zewnątrz, czy może stanowi swoisty katalizator, który pozwala ujawnić się złu, które już wczesniej było obecne w miasteczku i jego mieszkańcach.

Znowu ruszam z kopyta

Tylko ciekawe na jak długo ktos może zapytać. Zobaczymy. Niżej narazie początek historii, którą kiedys usłyszalem w dzieciństwie.

Działo się to dawno temu. Może to był początek XIX wieku, a może XX? Już dokładnie nie pamiętam. Do niewielkiego miasteczka, na południu Polski przyjechał młody panicz. Poszukiwał pokoju aby spędzić kilka dni, jak mu się wydawało, w tym pięknym zakątku kraju. Pragnął wypocząć. Na jakiś czas odsunąć się od wiru spraw, interesów i bóg wie czego jeszcze. A zatem trafił do Grybowa. Pierwsze, co zrobił to udał się do gospody, która znajdowała się nieopodal kościoła i miejsca pobytu burmistrza, a że był pełen dobrych manier grzecznie się skłonił i zapytał, czy może na kilka dni wynająć jakiś, nawet nieduży pokój. Gospodarz podejrzliwie spojrzał się na naszego bohatera i odrzekł, że niestety nie, żadnych miejsc nie posiada bowiem wszystkie pokoje zostały już wynajęte. Ale niedaleko Grybowa znajduje się stary Zamek, w którym na pewno szanowny gość znajdzie godne siebie wygodne lokum. Ale aby być w pełni w porządku gospodarz uprzedził, że w Zamku tym podobno mieszka złowieszczy wampir. Nie to nie możliwe, żadnych wampirów przecież nie ma, odparł Panicz ze śmiechem i rzekł, że dziękuję bardzo za gościnę i informację i na pewno we wskazanym kierunku przez gospodarza się uda. Jak rzekł tak zrobił. Podróż naszego bohatera nie trwała długo. Nie mówiąc o zakurzonej, wiejskiej drodze, która wiła się przez las. Dla rozpoczynającego podróż mogło się wydawać, że jego wędrówka będzie trwała całą wieczność. Jednak już po około godzinie oczom młodego panicza ukazał się zamek, o którym opowiadał właściciel gospody. Jego widok trochę go zaniepokoił, choć to uczucie tak dla niego niepoprawne szybko zostało zagłuszone krótką ironią: – tu rzeczywiście nikt nie chciałby mieszkać, to zamczysko wygląda, jakby od stuleci nikt o niego nie dbał. – pomyślał przez chwilę i już mógł powrócić do swojego zwyczajowego sceptycyzmu, który – choć on sam o tym nie wiedział – dawał mu oparcie i otuchę szczególnie w takich chwilach, jak ta właśnie. Zamek prawdę powiedziawszy wyglądał upiornie. Był stary, jak spróchniałe stare drzewo bez liści stojące samotnie na dużej łące wypalonej przez gorące słońce lata. Na jego murach pokrytych brązowym mchem widać było głębokie pęknięcia i szczeliny. A wokół unosiły się jakieś dziwne opary, których zapach na pewno nie należał do tych do których nasz panicz zwykł już w swoim niedługim jeszcze życiu przywyknąć. Jednak niepokój znowu się pojawił – tak nagle i nie wiadomo skąd, jakby zaszedł naszego bohatera od tyłu, znienacka. I dlatego przez krótką chwilę nie mógł zrobić on ani jednego kroku. Stał wpatrzony w okropne i przerażające zamczysko, próbując znów odszukać w sobie, jakieś wyjaśnienie swojego przerażenia. Ale tym razem nie mógł go odnaleźć. Dlatego drżącą ręką ściągnął bagaż z dorożki i podszedł do drzwi zamku.

piątek, listopada 11, 2005

Noc maniaków strachu

Zaczęło się. Mroczna i zimna noc. Grupa młodych ludzi zbierających się w jednym miejscu. Wciąż nadciągają nowi. Stoimy i czekamy. Wygląda to wszystko jak zbiórka wyznawców Diabła. Poniekąd może nią nawet jest, chociaż niekoniecznie – tak naprawdę to początek następnej edycji ENEMEFów; tym razem poświęconej horrorom. Kto nie był niech żałuję i to mocno. Można było zobaczyć cztery filmy: „Dom Woskowych Ciał”. „Bękarty Diabła”. „Głosy” i „Siła Strachu”. Każdy z nich reprezentował zupełnie inną stylistykę. Bękarty Diabła fim w reżyserii Roba Zombi. Naprawdę tyle morza krwi i natężenia upokorzeń nie widziałem nigdy w życiu. Opowieść o rodzinie, która między sobą wygląda na mocno zintegrowaną, a wokół sieję zniszczenie i postrach. Przemoc zaczyna się już od pierwszej sceny kiedy to nieświadoma niczego kobieta zatrzymuje swój samochód aby pomóc leżącej nieruchomo na drodze dziewczynie i nagle: trach!!! dostaje nożem w plecy – i już wiemy z kim tak naprawdę mamy do czynienia. To nie żaden wypadek, czy biedna dziewczyna, która zasłabła na drodze, ale siostra i brat, którzy po prostu potrzebowali samochodu. Film przypomina amerykańskie kino drogi. Ale tylko przypomina... W tym filmie nic nie jest święte i nikt się nie liczy. Ważne jest aby przeć do przodu i dobrze się bawić nawet, jeśli zabawa polega na zadawaniu cierpienia. Mamy do czynienia z apoteozą wolności od wszelkich reguł i prawa do zadawania gwałtu. I ta muzyka, która wskazuję, że nie wszystko jest w porządku i wciąż ocieramy się o nieczyste moce. Bękarty Diabła skazują widza na niepewność, czy aby nie znajduję się już po drugiej stronie lustra – w świecie cieni, w którym władzę sprawuję Lucyfer? Chcemy zobaczyć, jak obdzierane jest ciało ze skóry i to żywcem, chcemy zobaczyć wbijanie gwoździ w dłonie, zabawę w robienie z żony namiętnej dziwki. Czy chcemy zobaczyć świat, w którym z nikąd nie ma pomocy, bo nawet szeryf wygląda i zachowuję się jakby został opętany przez diabła, jak tak - to wybierzmy się na film Robiego Zombi. Ma on w sobie coś diabelskiego i pokazuję bezpośrednie obcowanie z życiem i śmiercią, dla którego podstawowe znaczenie ma ofiara i kat, ból i przyjemność. „Bękarty Diabła” to film o świecie, w którym zadawanie okrucieństwa staję się orgazmem najsilniejszym z możliwych. Czy można sobie wyobrazić miasto, w którym nie ma ludzi tylko figury woskowe? O takim mieście opowiada film „Dom woskowych ciał”. Grupa studentów, którzy spieszą się na ważny mecz baseball'u zmuszona jest zatrzymać się w lesie nieopodal drogi. Niedaleko znajduję się miasto, które skrywa straszliwą tajemnicę. Kiedyś dawno, dawno temu było sobie małżeństwo lekarza i artystki. I jak prawie w każdym małżeństwie i temu urodziły się dzieci. Na świat przyszło dwoje chłopców – dokładnie w tym samym momencie - bracia syjamscy. Ojciec był lekarzem więc podjął się operacji w wyniku której jeden z braci praktycznie stracił połowę twarzy, a że jego matka była artystką wykonała mu maskę. Chociaż w filmie nie pojawiają się żadne demony, duchy, wampiry lub wilkołaki to sama groza występuję. Tu znów mamy do czynienia tak z częstym wśród horrorów motywem złamanego dzieciństwa. Jak to jest urodzić się w rodzinie, w której przywiązują ciebie do dziecinnego krzesełka pasami, krzyczą i szarpią. Takie dzieciństwo musi pozostawić ślady nie tylko na dłoniach, ale na samej duszy. Efektem tych metod wychowawczych jest para morderców, którzy swoje ofiary zalewają gorącym woskiem. W konsekwencji całe miasto zostaje zmienione przez nich w prawdziwy gabinet figur woskowych. Film zebrał rozmaite recenzję, zwykle były one nie najlepsze. Gra aktorska nie jest najwyższych lotów, sam scenariusz zresztą też, ale film mimo wszystko może budzić przerażenie. I w końcu film „Głosy”. To już prawdziwy horror z duchami i złymi demonami, które podszeptują najgorsze. Bohaterem jest wzięty architekt, który traci w wypadku samochodowym żonę. Jest zrozpaczony. Zaraz po tym zdarzeniu spotyka starszego mężczyznę, który ofiarowuje mu swoją pomoc – twierdzi bowiem, że umarła kontaktowała się z nim z innego wymiaru. Architekt z początku sceptycznie, a wręcz wrogo nastawiony do takiej propozycji zmienia zdanie zaraz po tym jak odbiera telefon od... zmarłej dopiero co własnej żony. Po tym wydarzeniu wszystko zaczyna toczyć się już bardzo szybko. Mamy do czynienia z motywem EVP, czyli komunikacji między wymiarami, która wykorzystuję nowoczesne techniki archiwizowania dźwięku i obrazu, jak magnetofon i video. I tam nasz główny bohater słyszy owe głosy, które raz pochodzą od jego własnej żony, która ostrzega go przed niebezpieczeństwami, ale też słyszy głosy zła. „Głosy” to prawdziwy horror. Tu nie ma morza krwi, ale jest paniczny lęk i groza wyzierająca przez nowoczesną technologię, przenikająca wszystkimi możliwymi lukami omijając logikę jej działania.

poniedziałek, października 03, 2005

Straszna Zjawa?

< Pamiętam to z dzieciństwa. Ścieżka w lesie, która prowadziła na kamping prowadzony przez mojego dziadka. Zawsze kiedy tamtędy przechodziłem czułem dziwny lęk, że ktoś za mną idzie. Może przyczyną tego były opowieści mojej siostry, która wielokrotnie opowiadała mi o duchach, wampirach i dziwnych ludach i najczęściej miejscem akcji tych opowieści była ta ścieżka w lesie. Las ten rozciągał się kawałek drogi od stacji kolejowej Rawka niedaleko Skierniewic. Kiedyś będąc już na owym kampingu widziałem najprawdziwszego ducha. Stojąc na niewielkim wzgórzu, o ile teraz pamięć mnie nie myli był już późny wieczór. Nie byłem wtedy sam – obok stał mój kolega. Miałem wtedy może pięć, a może sześć lat. Staliśmy tak i o czymś rozmawialiśmy. Wtem mój przyjaciel krzyknął. Wystraszyłem się już samego jego krzyku: patrz, patrz, tam, tam, widzisz? Spojrzałem i aż zrobiło mi się zimno. Obok niedużego domku stała dziwna biała postać, która jakby unosiła się nad ziemią. Nigdy już nie dowiedziałem się, czy ktoś po prostu bawił się w ducha, czy było to złudzenie wywołane dziecięcą fantazją, czy też prawdziwa zjawa. To teraz jest już nieważne. Ważne jest zupełnie coś innego. Przeżycie te chociaż miało miejsce już tak dawno na zawsze utkwiło mi w pamięci, jako jedno z najwcześniejszych przeżyć mojego dzieciństwa, a strach, który wtedy czułem do dziś mrozi mi krew. < Dziwna biała zjawa na turystycznym kampingu. Ciekaw jestem czy nadal istnieje tam ta ścieżka i czy jest jeszcze kamping, który był prowadzony przez mojego dziadka. Kto chce może to sprawdzić, należy wysiąść na stacji Rawka – to niewielka miejscowość przed samymi Skierniewicami jadąc pociągiem od strony Warszawy. Może to przeżycie spowodowało moje dość późne zainteresowanie się horrorem? Nie wiem. Czasem przychodzą mi do głowy dziwne wspomnienia lub sny, których doświadczyłem w dzieciństwie. Usłyszane słuchowiska radiowe... ach czy jeszcze ktoś pamięta słuchowisko na trójce „Teatrzyk zielone Oko? Zawsze zaczynało się najpierw cichutkim skrzypieniem drzwi, które niedługą chwilę potem przeradzało się w przeraźliwy skowyt.

czwartek, września 08, 2005

Mroczne wody płodowe

Matka i dziecko. Dwa słowa, a ile skojarzeń: miłość, matczyna troska, beztroski świat dzieciństwa. Powinno być jak w raju... Ale czy zawsze tak jest? Czy zawsze matka kocha swoje dziecko? I co się dzieje wtedy kiedy zostaje ono przez nią opuszczone? Według historii pokazanej w Dark Water - Fatum nie koniecznie jedyną tego konsekwencją musi być choroba sieroca. Reżyser Walter Salles pokazał, że może być o wiele, wiele gorzej - na dziecku, którego zostawiła matka zaciążyć może prawdziwe fatum, które zostaje z nim na wieczność... Dark Water pokazuję co się dzieje wtedy kiedy wszystko pozostaje zasłoniete wieczną tajemnicą. Nie wiemy wówczas, czy to co się w okól nas zaczyna dziać dzieje się naprawdę, czy jesteśmy uczesnikami sennego koszmaru? Film przedstawia historię matki, która wraz z 5-letnią córeczką postanawia wynająć mieszkanie w mrocznej dzielnicy Roosvelt Island w Nowym Yorku. Jest kobietą po „przejściach” nie tylko zresztą z mężem, z którym jest w trakcie sprawy rozwodowej. Nie miała łatwego dzieciństwa... Wszędzie widzimy wodę. Na początku jest jej nie dużo, jedynie mały zaciek na suficie potem jest już coraz więcej. Jest mroczna, ciemna i zapewne roznosząca za sobą smród. Woda jest symblem tego, co niezróżnicowane i co wirtualne. Jest wyjściem, początkiem, ale i końcem, może symblizować wieczną regresję. Słyszymy głosy, kroki i sączącą się do ucha nienawiść. Opuszczenie pozostawia po sobie ślady, nie tylko w postaci migreny, na którą cierpi główna bohaterka. Ciemne, długie korytarze i wyspa na której znalazła się matka 5-letniej Ceci. Roosvelt Island przypomina prawdziwe Metropolis. Wydawałoby się bezduszne rzędy ciemnych bloków skrywają w sobie tajemnice jeszcze jednego opuszczenia. I te dżwięki, dżwieki roznoszące się podczas przejazdu na wyspę, podczas jazdy windą i wtedy kiedy matka małej dziewczynki próbuje połozyć się spać. I tylko ogladając ten fim można zadać sobie pytanie, czy mamy tu do czynienia z szaleństwem, czy też bierzemy udział w prawdziwej tragedii? Ale czy tak naprawdę ma to znaczenie: granica jest płynna, a szaleństwo jest owocem opuszczenia.