poniedziałek, sierpnia 10, 2009

Koszmar z przyszłości

Śnił mi się koszmar i to taki, jakiego dawno nie śniłem. Znajdowałem się w mieście i chyba była to Warszawa, ale jakaś zupełnie mi nie znana. Było to miasto pełne kontrastów. Wielkie, ponure drapacze chmur w centrum – aluminium i metal rażący w oczy, zaś peryferia zajęte przez ciemne i cuchnące ulice, szare betonowe bloki, pokraczne budki z chińskim jedzeniem. I do tego jeszcze ci przechodnie, którzy patrzyli się z wrogością w oczach. Snujące się gnomy, stare baby lub pędzący na złamanie karku kasożercy w drogich garniturach. 

I do tego jeszcze trwała okupacja. Miasto zostało zajęte przez obce wojska i na ulicach natknąć można się było na patrole żołnierzy, ale nie tylko żołnierzy. Obce wojska do zastraszenia miejscowej ludności korzystali z pomocy pokracznych i przerażających, prawie dwu-metrowych stworów, które przechadzały się ciężkim krokiem dźwigając w rękach olbrzymie karabiny maszynowe. Poznać można było, że nadchodzą po drżącej ziemi i cuchnącym powietrzu.

Byłem w tym mieście żołnierzem, a raczej miejskim partyzantem. Walczyłem z okupantem podkładając bomby, malowałem wraz z moimi synami napisy na murze, biegałem z karabinem, organizowałem zamachy. Byłem znany. Ścigała mnie policja, a na obdrapanych ścianach widniały plakaty z moją podobizną – list gończy za najgroźniejszym wrogiem okupanta.

Byłem prawdziwym bohaterem cenionym przez miejscową ludność. Jednak mnie złapali. Założyli mi na głowę metalową klatkę i pokutny worek. Czułem się upokorzony. Oprowadzali mnie, jak jakąś małpę przez ulice miasta. W końcu zaprowadzili mnie na główny plac aby wykonać egzekucję. Obudziłem się zlany potem.

poniedziałek, marca 02, 2009

FETISH FUCKtory

Aby dostać się do klubu M25 trzeba przejść przez ciemne i puste ulice warszawskiej Pragi. Szedłem dość szybko i po chwili zauważyłem, że przede mną idzie jeszcze kilka osób. Nie wyglądali na miejscowych, podejrzewałem, że są to raczej – tak jak i ja - poszukiwacze „nocnych przygód”. Podszedłem i nieśmiało zapytałem o drogę i okazało się, że nie myliłem się.  Ale klubu, którego poszukiwaliśmy już teraz wspólnie, nie było łatwo znaleźć. Podjęliśmy kilka nieudanych prób i dopiero po chwili nabraliśmy przekonania, że zmierzamy w dobrą stronę. Znajdowaliśmy się na terenie starej, opustoszałej fabryki. Szliśmy szerokim traktem. Po obu stronach znajdowały się groźne budynki, tu i ówdzie widać było tablice, które informowały, że w pobliżu nas znajdują się magazyny, hurtownie i warsztaty samochodowe.  W końcu kilkanaście metrów przed nami zobaczyliśmy plac, na którym stały zaparkowane samochody, a nieco dalej mrugało nieśmiale światło -  i to było wejście do klubu M25. Przy wejściu ustawiła się nieduża kolejka. Wpierw obawiałem specjalnych bramek i wykrywaczy metalu, ale nie - przy wejściu stał młody chłopiec i sprawdzał dowody osobiste. Moim towarzysze podróży szybko zniknęli w tłumie. Znowu zostałem sam. Wewnątrz rozlegała się głośna muzyka. Wszedłem i od razu zobaczyłem tłum ludzi.  Klub był podzielony na dwa poziomy. Dolny, na który składało się kilka mniejszych sal – każda spełniająca odmienne funkcje: sali koncertowej, baru i można to tak nazwać „salonu”, w którym znajdowały się wygodne fotele, sofy i stoły. Sale łączył nieduży korytarz. Idąc nim można było wejść do kilku dodatkowych pomieszczeń. Jedno przeznaczone dla par, które zapragnęły chwili intymności, mogły tam swobodnie całować się, czy nawet uprawiać seks. Był to nieduży, zaciemniony pokój, w którym znajdowały się wygodne sofy. Mimo, że kochanków można było swobodnie podglądać naprawdę niewiele osób korzystało z tej okazji. Jeśli już ktoś tam zaglądał to tylko po to by sprawdzić, czy pomieszczenie jest wolne, czy zajęte i czy już można z niego skorzystać.  Następne pomieszczenie, znacznie lepiej oświetlone i bardziej obszerne służyło ewidentnie do publicznego ujawniania swoich namiętności. Na środku stało duże łóżko. Zwykle można było spotkać tam mały tłumek rozbawionych osób, czasem kilka par tulacych się do siebie. Trzecie lokum było znacznie mniejsze i oświetlone czerwonym, burdelowym światłem. Ustawiono w nim stół i eleganckie, można rzec, antyczne fotele. Służyło raczej rozmowie i lepszemu poznawaniu się partnerów.
Górny poziom to duża sala, na której odbywały się koncerty (AGRESSIVA 69, CLICKS), performance (Anna Biernacka Fugazi) i spektakl SM (Misstress Monique (Starfuckers, Coma Night). Na piętrze znajdował się także jeszcze jeden bar. Wśród uczestników imprezy dominowały młode osoby - była to zwykle tzw. młodzież z „dobrych domów”. Oczywiście tu i ówdzie pojawiali się ludzie w nieco starszym wieku -  trzydzieści, czterdzieści, a nawet pięćdziesiąt lat.
Kobiety ubrane były w eleganckie czarne w sukienki,  długie suknie, miały czarne rękawiczki, słychać było stukot butów na szpilkach. Dominował czarny i czerwony lateks i skóra. Wiele kobiet miało wyraźny, ale staranny makijaż. Niektórzy meżczyźni - wyraźnie było to widać - stanowili „własność” swoich Pań: obroża na szyi, pokorny wygląd – mówiły wszystko.
Pozostali przebrani byli za zakonnice, pielęgniarki, czy gotyckich wojowników. Innymi słowy cała plejada barwnych i – trzeba to wyraźnie powiedzieć – wystylizowanych postaci.

wtorek, stycznia 06, 2009

Krótkie spostrzeżenie

…przyszło mi takie teraz do głowy. Ludzie i w tym także rodzice, bo niektórzy z nich są przecież ludźmi albo takimi starają się czasem bywać, posiada względem siebie dwie skrajne motywacje, czy też względem swoich dzieci. Albo widzą świat, jako „artyści” albo też, jako „inżynierowie”, takie też motywacje mogą mieć planując swoją przyszłość. I nie mam tu na myśli dosłownego znaczenia tych terminów, a raczej myślę o nich, jako o pewnych metaforach. „Inżynierowie” pragną wpisać się w panujący porządek społeczny, zaś „artyści” wciąż od niego jakoś odstają. Ci pierwsi mają ambicje porządkowania otaczającej rzeczywistości, chcą też ją jakoś zrozumieć ale bardziej aby nad nią zapanować, czerpać z niej korzyści (materialne lub te związane z władzą), „artyści”, z kolei pragną zrozumieć siebie i swoje reakcje na otaczającą rzeczywistość. Co z kolei, może prowadzić do przypuszczenia, że inżynierowie są bardziej otwarci na ludzi i jakoś tam pro-społeczni, zaś „artyści” bywają bardziej zamknięci w sobie i egoistyczni. Chociaż wcale tak do końca nie musi zawsze być.

Zapiski etnograficzne – kolejna próba opisania

Siedzę w kawiarni. Jest późny wieczór. Przez okna widać, że na dworze pada deszcz. Pomieszczenie ma kształt szerokiego prostokąta. Bo obu stronach znajdują się wyłożone tanim lastryko kontuary, a wzdłuż na ścianach umieszczono duże lustra. Każda samotna osoba pijąc piwo może dowoli przeglądać się w srebrzystej tafli medytując nad wyglądem swojej twarzy. W środku oprócz mnie jest obecnych jeszcze parę osób. Głównie mężczyźni. Starzy i młodzi. Siedzą dwójkami, rozmawiają palą papierosy. Piją kawę, czy trzymają w dłoniach kieliszek wina, a inni wpatrują się w szklistość kufla z piwem. Niewielu siedzi bezpośrednio naprzeciwko luster. Może to miejsce przeznaczone jest dla samotnych, którzy chcą wpatrywać się w swoje odbicie doszukując w nim odpowiedzi na dręczące pytania? Na przykład takie: dlaczego znaleźli się akurat w takiej sytuacji, w jakiej akurat się znajdują? Ale, ale… widzę mężczyznę w średnim wieku, który siedzi odwrócony plecami do baru i bacznie obserwuje resztę towarzystwa. Jest ubrany w skórzaną kurtkę. Dłonie trzyma złożone na kontuarze. Przed nim stoi kufel z piwem. Niedaleko, zaledwie metr lub nieco dalej siedzi trójka osób: kobieta i dwóch mężczyzn. Jeden z nich coś mówi. Nie słyszę dokładnie, co. Rozmawiają, gestykulują dłońmi, wyrażając jakieś silne emocje, zdenerwowanie, podniecenie? Nieco dalej trójka mężczyzn. Usadowili się naprzeciw lustra. Może zatem to miejsce nie tylko dla osób samotnych? Oni też rozmawiają, a nawet czasem ich rozmowa przeradza się w żywą dyskusję. Jeszcze jedno spostrzeżenie. Za barem już nie ma nikogo. Słychać dźwięki zmywanych naczyń. Czyżby obsługa kawiarni szykowała się już do zamknięcia interesu? Raczej chyba nie, bo jest dopiero 19.43 – wnioskuję to po szybkim spojrzeniu na swoją komórkę, a zatem może ma miejsce zmywanie po ostatnich kolejkach? Większość miejsc w owej kawiarni o tej porze tego dnia tygodnia – mamy wtorek – jest jednak pusta. Spojrzałem znów w stronę mężczyzny, który przed chwilą siedział przy barze, ale już go tam nie zauważyłem. Zniknął. Gdzie? Nie wiem. Byłem zajęty pisaniem. Może poszedł do ubikacji, a może opuścił już to miejsce taniej przyjemności w centrum dużego miasta? Ciekawe, po co przychodzą tu ci wszyscy mężczyźni?

piątek, września 12, 2008

Amoz Os

Dzisiaj widziałem niezwykły film o niezwykłym człowieku – dokument o izraelskim pisarzu.

Amos Oz - bo o nim był ten film powiedział niezwykłe słowa: „czytanie książki opowiadającej pewną historię pozwala nam wejść w doświadczenie drugiego człowieka”.

Film był niezwykły, postać, o której opowiadał i te słowa…

piątek, sierpnia 29, 2008

Jeszcze raz skrupulatnie zapisuję odnalezione notatki na temat SM

Wyjaśnienie zjawiska SM, BDSM i Female Domination (na razie nie podaje definicji).

Podejście redukcjonistyczne Psychiatria Psychologia Psychoterapia • „objawy” • „patologia”  • „historia kliniczna choroby”  • „przypadek” • „symptomy”  • „klasyfikacja chorób” Podejście rozumiejące: Czym jest SM dla jego uczestników? • „Społeczne światy” • „Poszukiwacze wrażeń” • „Epoka seksualnych opowieści” Analiza dyskursu Co się mówi na temat SM i jak to się mówi? Inne podejścia: • „tożsamość wypracowana” • „tożsamość zależna od kontekstu”  • (jestem kimś innym w pracy, a kimś innym w nocnym klubie) • „seks ma wiele odmian”  • (społeczne techniki konstruowania przyjemności seksualnej i sposobów na zaznawanie przyjemności) „osobowość” „norma” „zakres dopuszczalnych zachowań, które są uważane za normalne” „seks binarny”

Niżej zapisuje luźne pytania, spostrzeżenia, uwagi: Historia sposobów „opisywania” SM w psychiatrii, psychologii, psychoterapii. Skąd to pojęcie? Kto pierwszy go użył i w jakim kontekście, kto następny? Dlaczego takie połączenie: sado-masochizm? Jakie inne oprócz podejścia psychologii i psychiatrii można znaleźć do opisu zjawiska SM? Co to znaczy podejście konstruktywistyczne? Jakie są inne definicje zjawiska, pojęcia? Czy w skład pojęcia SM wchodzi także BDSM, czy też to pojęcia zupełnie oddzielne, zachodzące na siebie, czy też przeciwstawne?

Na marginesie: Druga ważna uwaga: może nie tyle uwaga, co przypuszczenie: polskie grupy SM nie stanowią jednolitego ruchu, są raczej nastawione wrogo wobec siebie. Każdy z nich uzurpuje sobie prawo do bycia tym „prawdziwym”, realizującym jedynie słuszną drogę realizowania, praktykowania owej fantazji. (czy jest to tylko fantazja???) Objawia się to m.in. tym, że nie pozwalają nawiązywać relacji swoim członkom (np. poprzez linki) z innymi stronami. Wytaczają wyraźną granicę między sobą np. „nie akceptuję płatnych domin”. Cele projektu: How a group of self-identifed sado-masochists defined and made sense of their own and other sexualities. (czy aby na pewno???) Obszary analizy Historia SM, kontekst – globalizacja i zmiana tożsamości, dyskusja i badania Tożsamości są konstruowane, a nie dziedziczone, czy nadawane. Analiza społeczności SM w Polsce, obserwacja uczestnicząca on-line i off-line – zdefiniować zakres tej obserwacji, co mnie będzie interesować, a co nie. Uzasadnienie wyboru takiej, a nie innej metodologii. Główne pojęcia:  globalizacja, tożsamość, społeczność, społeczność w internecie, seksualność, SM, BDSM, kobieca dominacja, etnografia, etnografia wirtualna,  Czy interesują mnie też ruchy SM-gejów i lesbijek, czy też nie i najważniejsze pytanie: po co to robię? Czego chce się dowiedzieć? Strumień świadomości: Po co ktoś zaczyna praktykować SM, kiedy to się zaczyna, jak wygląda rozwój kariery osoby zajmującej się SM, na jakie etapy dzieli się ta kariera [1]? Jakie emocje pojawiają się na każdym z tych etapów? Kiedy dana osoba postanawia zostać aktywnym członkiem grupy SM? Co mu to daje? Dlaczego to robi? [kiedy następuje zakończony proces kariery SM, czy kiedykolwiek ma on miejsce, czy jest to proces, który rozwija się całe życie?] A jeśli ma on miejsce, co wtedy się dzieje, osoba odchodzi z grupy, zostaje, jeśli odchodzi to, czy dlatego, że znalazła partnerkę/partnera, z którym może praktykować SM na co dzień? Jak to wygląda w praktyce, jakie jest jego życie codzienne i podział ról i czy wtedy internatowa obecność staje się ważna, czy też wręcz przeciwnie, jaki to ma wpływ na „jakość” jego życia („co to jest jakość”), czym jest dla niego SM, kim jest, jak siebie określa, czy tylko poprzez swoją aktywność na polu SM, czy też posiada inne jeszcze identyfikacje samego siebie, a SM jest jedynie dodatkiem, stanowi urozmaicenie życia erotycznego? I czy można zaobserwować jakieś zmiany nastawienia, postaw wobec SM w kontekście wieku, wykształcenia, zawodu, miejsca zamieszkania, doświadczenia na polu SM, własnej historii życiowej, doświadczeń z dzieciństwa, pochodzenia rodzinnego?

przypisy: [1] Jeszcze jedna ważna książka: Elżbieta Zakrzewska-Manterys „Down i zespół wątpliwości”

sobota, lipca 26, 2008

Kolejne notatki na temat sadomsaochizmu

Po jakże długiej przerwie ponownie coś postanowiłem zapisać. Przed momentem czytając fascynującą książkę Roberta A. Wilsona „Kosmiczny Spust” znalazłem w niej małą karteczkę, na której widniała taka oto notatka: SM jest jedną z tych wielu dróg, które prowadzą poza świat codzienności. Rzeczywistość, jaką próbują kreować gry SM pomiędzy partnerami pozwala im na całkowite zanurzenie się w świecie, który tworzony jest przez ich wyobraźnie. Czy zatem SM wyzwala lub może wyzwolić ich z codziennej rutyny? A może tworzy zupełnie odmienny zespół rutyn i przyzwyczajeń? Czy rozpoczęta gra z drugiej strony nie prowadzić może ich w odmęty szaleństwa? A z drugiej strony karteczki widniał taki oto napis: Świat, który kreuje uczestnictwo w rytuałach SM z pewnością więcej ma wspólnego ze światem snu niż światem jawy. Niejednokrotnie inspiracją i pożywką dla pragnień kształtujących grę w SM są stłumione i zwykle ukryte pokłady ludzkiej nieświadomości – innymi słowy ich korzenie znajdują się w Świecie Cienia. Ciekawe. Wciąż odnajduję takie notatki.

środa, lutego 20, 2008

notatki o Pynchonie

 

Jak to zwykle u mnie bywa oglądałem film i robiłem notatki. Tym razem film był na temat amerykańskiego pisarza Thomasa Pynchona. Kto to taki i czym się zajmował chyba nie muszę przedstawiać. Film był emitowany na kanale Planet (tylko tą stację potrafię jeszcze oglądać w telewizji) i nosił tytuł "Pynchon - podróż w głąb umysłu".

Film obejrzałem zupełnie przypadkiem. Tego dnia pracowałem w domu nad... może tu jednak nie będę pisał nad czym i dla chwili wytchnienia włączyłem telewizor i akurat wtedy trwała emisja filmu. Przysiadłem na brzegu kanapy i po chwili nie mogłem się już oderwać i wziąłem do ręki notes i zacząłem notować. Jak zwykle moje notatki są rwane i niedokładne, ale zapisuje, co udało mi się zanotować.

Coś na temat samego Pynchona: wzrost 182 cm, absolwent Cornell Collage. Według Georga Plimtona, amerykańskiego krytyka literackiego, Pynchon to niezwykle tajemnicza postać, to osoba o ogromnej wiedzy, chodząca encyklopedia, o niezwykłej umiejętności kojarzenia faktów. I jeszcze coś: Pynchon urodził się na początku lat 40-tych XX wieku, ale można go zaliczyć do pokolenia pisarzy powojennych. W czasie kiedy ów krytyk wypowiadał swoje opowieści na temat Pynchona kamera pokazuje niedużą figurkę (może to afrykańskie bóstwo - zanotowałem na marginesie, pewnie gdzieś w głębinach mojego umysłu pojawiła się myśl, że może ma on jakieś znaczenie, pojawił się, że... no właśnie, że co?).

Wracając do Pynchona: angielski nos, taki irlandzki - to nadal na podstawie wypowiedzi owego krytyka. Postać z Nowej Anglii.

 

Film był podzielony na kilka części o osobliwych tytułach:

1. PARANOJA

Telewizor, jako narzędzie przekazów z innego świata. Kryptogram, jako nawiązanie do stylu życia Pynchona, do jego ciągłego ukrywania się przed światem i mediami. Pynchon, jako prawdziwa zagadka dla kryptologów. Według autorów filmu istnieje, tak naprawdę dwóch Pynchonów: Pynchon, jako prawdziwa osoba z własnym, prywatnym życiem i Pynchon, jako pewne wyobrażenie oparte na plotkach, zasłyszanych opiniach, mitach.

2. ZNIKNIĘCIE

Początek lat 60-tych - w tym czasie Pynchon przebywa w Meksyku. Mówi się, że wówczas Meksyk był bardzo ciekawym miastem (dlaczego? tego film już nie wyjaśnia). Dlaczego Pynchon postanowił zniknąć? Istnieje wiele hipotez na ten temat. Motyw, którym się kierował na zawsze chyba już pozostanie tajemnicą. Niektórzy są zdania, że Pynchon był chorobliwie nieśmiały – ale to raczej najprostsze z wyjaśnień. Inne, z kolei odwołują się do teorii spiskowych i działania tajemnych organizacji rządowych, w których działalność Pynchon kiedyś miał być zamieszany. I kiedy opublikował swoje książki, w których dużo mówił o różnych niejasnych powiązaniach i tajnych działaniach rządu amerykańskiego po prostu musiał zniknąć. Za dużo wiedział. Podczas filmu słychać było muzykę THE RESIDENTS.

3. OBCE STRONY 1966

Jeszcze parę słów o wyglądzie Pynchona: duże zielone oczy, długie ciemne włosy sięgające za uszy. Zdjęcia pokazujące wędrówkę dawnej dziewczyny Pynchona w poszukiwaniu jego dawnego miejsca pobytu. Kamera posuwa się wraz z nią, a ona opowiada: - mieszkał na bardzo wąskiej ulicy. To chyba tu... między tym miejscem a plażą. To mógł być ten dom. Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia. Czułam się niezręcznie. Miałam 19 lat i dużo, bardzo dużo energii. Mathatan Beach. Studenci z Callage chwalili się, że wiedzą gdzie mieszka Pynchon, ale nie mogli powiedzieć, do sklepu przychodzili ujarani albo będąc na kwasie.

Nasza bohaterka opowiada: - Allen Ginsberg, Lenon i ktoś jeszcze (przypis własny). Wszyscy oni byli przeświadczeni, że ktoś ich śledzi i obserwuje. Tu przerwa w notatkach.

I znów głos zza kadru snuje opowieść o Pynchonie: - pisał odręcznie, po nocach, strona za stroną i gdy zebrało się ich dużo przepisywał na maszynie i redagował. Tu odnalazłem jakieś jeszcze inne fragmenty na temat Pynchona: - wkładał kaptur i czarne okulary aby być nie do rozpoznania, udawał, że jest w Czechach w 1944 roku, udawał sceny ze swojej książki „Tęcza grawitacji”, porównywał Amerykanów do Niemców, uważał, że byli agresywni w Wietnamie tak samo, jak Niemcy w Europie.

Wypowiedź amerykańskiego pisarza Siegel’a, jakiś wpis: jego żona była strapiona z powodu Pynchona. Znowu fragment wypowiedzi Siegla’a - chodziliśmy po okolicy i przyglądaliśmy się różnym rzeczom... ( z kim tego już nie napisałem) - dał czytelnikom (Pynchon) do zrozumienia, że nie wszystko jest tak, jak wygląda na pierwszy rzut oka, jak wydaje nam się, że jest w rzeczywistości, ale jest zupełnie inaczej.

Kontrowersyjna teza: rewolucja lat 60-tych została zainspirowana przez CIA. Ktoś w tym filmie powiedział: może Pynchon też uczestniczył w rządowym projekcie kontroli umysłów. Przecież taką inspiracją był „projekt LSD” podobno zapoczątkowany przez CIA i inne agencje rządowe. Pynchon w swojej książce „49 idzie pod młotek” pisał pierwszy raz o LSD i zrobił to w tym samym czasie, a może jedynie trochę wcześniej, jak rozpoczęły się wydarzenia związane z rewolucją hipisów w Ameryce. (dokładnie kiedy tego nie wiem).

Tu pojawiają się najciekawsze fragmenty filmu dotyczące poszukiwań różnych powiązań między rewolucją ludzi kwiatów, tajnymi projektami rządowymi, narkotykami i eksperymentami, które były prowadzone przez nazistów na więźniach obozów koncentracyjnych. - „wolna miłość” dzięki narkotykom - eksperymenty w obozach koncentracyjnych por. hasło „zatrute kule” - eksperymenty z użyciem LSD prowadzone w amerykańskiej armii na żołnierzach, którzy nie byli uprzedzeni o tego typu zamiarach wobec nich - uniwersytet Cornell Collage (gdzie przecież przebywał Pynchon) – poszukiwanie skutecznych metod prania mózgu - Fidel Castro, jako potencjalny obiekt mordercy szkolonego przez CIA - Pynchon pracował w koncernie lotniczym Being, gdzie zajmował się aspektami technicznymi rakiet BOMARC. - - - operacja Paper Green – jej elementem było m.in. ściągnięcie specjalistów pracujących przy hitlerowskim projekcie rakiet V1 i V2 i zatrudnieniu ich w NASA. „Tęcza grawitacji” ukazuje dwie kultury (spisek w czasie wojny?) manipulacji

W pewnym momencie ukazała się postać komika Irvina Grey, który także miał coś do powiedzenia na temat Pynchona. Głównie opowiadał o swoich doświadczeniach związanych z lekturą „Tęczy Grawitacji”. Wspominał on, że książkę tą przeczytał dwa razy.

W filmie często też pojawiali się fascynaci literatury Pynchona. Może bardziej należałoby mówić: „badacze” jego biografii, prawdziwi wyznawcy teorii spiskowych. Jeden z nich nawet założył, ciągle rozbudowaną stronę internetową na temat Pynchona. To niejaki Richard Lane (poszukiwałem coś na jego temat w internecie, ale jakoś do tej pory nie udało mi się nic ciekawego odnaleźć). Ów Lane opowiadał o tym, jak książki Pynchona go zafascynowały, o tym jak postanowił poświęcić się badaniu jego historii, zebrał pokaźny zbiór materiałów i w końcu zdecydował się zbudować stronę na jego temat, która z czasem rozrosła się do pokaźnych rozmiarów. Strona ta stała się dla niego i dla wielu miłośników Pynchona formą hipertekstowego przewodnika przypominająca prawdziwy labirynt pojęć, faktów, zasłyszanych historii, pogłosek, zdjęć, opisów książek, wywiadów itd.

Jeszcze jedna ciekawa postać: bibliotekarz Steve Tomaske, który opowiadał o tym, jak wyglądała jego lektura „Tęczy Grawitacji”: - pierwszego dnia doczytałem ją do 40 strony, drugiego dnia zdołałem już przeczytać całe dziewięćdziesiąt stron, trzeciego dnia zacząłem czytać od początku i z wielką trudnością dobrnąłem do piątej, a czwartego dnia zrezygnowałem i udałem się do biblioteki aby dowiedzieć się czegoś więcej o Thomasie Pynchonie. Dopiero po poświęconych na tym kilku dniach zacząłem czytać ponownie i wówczas udało mi się przeczytać „Tęczę Grawitacji” w całości. To na razie tyle z drugich moich zapisków.

poniedziałek, stycznia 28, 2008

Ponownie parę notatek na temat SM

Od dawien dawna marzyłem napisać esej na temat SM. Nawet dziś znalazłem małą notatkę, która zawiera krótki plan takiego eseju. Niżej zapisuje. wariant – perspektywa historyczna wariant perspektywa SM w kontekście literatury, a może historii literatury? wariant – ujęcie strukturalne (nie wiem teraz co to miało znaczyć) a może to jest do tego plan? gra umowa/reguły fantazja/wyobraźnia erotyka/erotyzm/styl życia ujęcie socjologiczne ujęcie psychologiczne To tyle, fajna sprawa taki blog. Zapisuje wszystkie znalezione notatki, może kiedyś to się przyda?

czwartek, stycznia 24, 2008

Światy SM i fotografia

Wracam i ponownie znikam i nie dotrzymuje obietnicy, bo poniższe notki tyle mają wspólnego z horrorem, co pięść do nosa. Ale tak teraz sobie pomyślałem - no może jednak coś je łączy, czy aby to nie umiłowanie i pielęgnacja wyobraźni?

SM jest jedną z tych wielu dróg, które prowadzą poza świat codzienności. Rzeczywistość, jaki kreuje gra SM pomiędzy partnerami pozwala im na całkowite zanurzenie się w świecie, który tworzony jest przez ich wyobraźnie. Czy zatem SM wyzwala lub może wyzwolić ich z codziennej rutyny? Czy rozpoczęta gra z drugiej strony nie prowadzi ich w odmęty destrukcji?

Świat, który kreuje uczestnictwo w rytuałach SM z pewnością więcej ma wspólnego ze światem snu niż światem jawy. Niejednokrotnie inspiracją i pożywką dla pragnień kształtujących grę w SM są stłumione ukryte pokłady ludzkiej nieświadomości. Innymi słowy ich korzenie znajdują się w świecie cienia. Gry SM to najbardziej owładnięte przez fantazje zabawy erotyczne. Ich wykonanie wymaga zgody obu partnerów. Nie tyle zgody, co głębokiego porozumienia – „nadawania na tych samych falach” wyobraźni.

Uczestnictwo w SM to udział w pewnym sensie w określonym rytuale, który ma swój początek, moment kulminacyjny i koniec. Na ów rytuał składa się zestaw symboli, chociażby w postaci określonych strojów, jak i zachowań. Aby uczestniczyć w pełni musimy też rozumieć określony język, który określa mocna skonwencjonalizowany dialog pomiędzy Górą, a Dołem, Panią a jej niewolnikiem.

Na wielu forach internetowych można spotkać się wielokrotnie z problemem wyrażanym przez mężczyzn, że mają wielkie trudności w znalezieniu odpowiedniej partnerki, czy też rzadko udaje im się przekonać tą, z którą obecnie tworzą związek aby stała się dominą. To najlepszy przykład na to, że zabawa w SM nie jest czymś prostym i łatwym do przeprowadzenia, jak bywa to w przypadku innych zabaw erotycznych. Może w przypadku SM nie możemy mówić o „zabawie”.

Może takie relacje mają korzenie dużo głębsze, może dotykają jakieś bardzo delikatnej i drażliwej materii chowanej w naszej podświadomości? Można oczywiście wspomniane powyżej trudności tłumaczyć sposobem postrzegania świata SM, który zwykle posiada perwersyjne konotacje i lokowany jest w obszarze dewiacji. Może to być jakieś wytłumaczenie – nie przeczę. Ale, co jeśli korzenie tych trudności naprawdę sięgają głębiej? Co jeśli świat gier SM sięga daleko w przeszłość i wyrasta z dawnych zapomnianych rytuałów ofiarnych? Może tego tak bardzo się boimy?

Poniżej jeszcze trochę notatek do zapamiętania. Może już nie tyle o światach SM ale dotyczących też w pewnym sensie światów wyobraźni, bo dotyczących fotografii.

Podglądanie życia.

Fotografie są aniołami.

Jakiś czas temu leciał na Planet film. Niestety już nie pamiętam, jaki był jego tytuł, ale dotyczył amerykańskich fotografów. Przepiękny i bardzo inspirujący. W czasie oglądania go robiłem notatki. Są to luźne i zupełnie nie poukładane zapiski. Ale jak będę je teraz pisał to może je sobie przypomnę.

Zajmuje się fotografowaniem życia: koniecznie trzeba robić 2 zdjęcia codziennie.

Fotograficzny notatnik z podróży: zapis zdjęcia, wszystkie elementy codziennego życia. Jak będziesz robił zdjęcia o bardzo długim czasie ekspozycji to zobaczysz miasto bez ludzi.

Fotografia musi mieć określoną strukturę. Bywanie w kafejkach, jako źródło inspiracji, jako miejsce do podglądania. Odbiór rzeczywistości: co widzę lub czego nie widzę, co dostrzegam lub czego nie dostrzegam, na co zwracam uwagę, czy w ogóle na coś zwracam uwagę?

Identyfikacja z tłumem, bo on nie ukrywa emocji.

Kolor zmienia sens całego zdjęcia. Czerń i biel – techniki naturalne. Rewolucja w fotografii to wejście koloru?

Jak szukać tematów zdjęć? Besson – teoria decydującej chwili.

W filmie wypowiadali się:

Colin Westerebeck – amerykański pisarz

Ian Siclair – amerykański pisarz

Jack Kernack – amerykański pisarz

David Chandler - pisarz

Garry Winogrand – amerykański fotograf  

Whiliam Klein – „Ameryka to kupa gnoju” czyżby to on powiedział?

Ed Rush – fotgraf.

Robert Frank – amerykański fotograf o przełomowym znaczeniu. Jego album fotografii (jaki?) to fundament nowoczesnej fotografii.

W Wielkiej Brytanii por. tradycja fotografii nadmorskiej.

czwartek, września 13, 2007

Wyznania defecatora

Chyba zupełnie zresetowałem. Przerwa w pisaniu się wydłuża, a we mnie napięcie wciąż narasta i narasta. W końcu nie wytrzymałem i zacząłem pisać. W międzyczasie zacząłem zastanawiać się także nad formą tego bloga, bo ostatnio – mam przynajmniej takie wrażenie – stał się on bardziej zapisem moich refleksji, kompleksów i lęków niż prezentował ciekawe informacje ze świata horroru.
Nawet wiem dlaczego tak się działo. Bo to zawsze łatwiej jest pisać pod wpływem emocji, wewnętrznych impulsów niż starać się trochę dłuże zastanowić, o czym się chce pisać, jak, poszukać materiałów, przeczytać książkę i napisać jej recenzję – łatwiej, ale przede wszystkim szybciej.
Nie ukrywam ten wpis nie jest początkiem rzetelnej pracy. Nie jest też próbą odwrócenia sposobu, w jakim piszę tego bloga. Jest tylko pewnym momentem refleksji. Bo to strasznie trudno tak do końca zdecydować się na pewną konwencję i ją utrzymać. Ale następne wpisy będą już inne – obiecuję. Jak znajdę tylko czas postaram się częściej pisać recenzje książek, filmów z gatunku horroru, prezentować najświeższe newsy, opisywać swoje sny i mroczne miejsca, ha... i może coś jeszcze. Ale to już się zobaczy.

niedziela, lipca 01, 2007

Problem ze znikaniem

To już chyba miesiąc, a może nawet więcej. Nie pamiętam i nie chce pamiętać. Nie chce przepraszać ani błagać o przeproszenie. Po prostu znikam chyba już zupełnie. Dziś przechadzając się po warszawskiej starówce napotkałem zadziwiającego artystę, który rzeźbi... wciąż tylko w jednej zapałce. Anatol Karoń – bo o nim mowa tak urzekł mnie swoją osobą i swoją twórczością, że nie mogłem o nim tu nie wspomnieć.
Chociaż, jak jeszcze pamiętam, miał to być blog o horrorze i strachach, wampirach i demonach. Anatol Karoń jest bardzo daleki od tej tematyki, ale mimo to jakoś poruszyl moją duszę, zainspirował, natchnął. Więcej możecie zobaczyć na stronie.

czwartek, czerwca 07, 2007

Czy horror wchodzi do reklamy?

Reklama zwykle rzadko wykorzystuje strach, czy przerażenie, częściej woli poczucie humoru, silnie wykorzystuje skojarzenia związane ze statusem. Firma Play na pewno osiągnęła w dużym stopniu swój cel, jakim był rozgłos. Te reklamy wzbudziły zainteresowanie negatywne, ale co z tego, były na topie, pisano o nich, mówiono i w ten sposób zapadły nam mocno w pamięć. Obcięte palce, dzieci przebrane i występujące w rolach dorosłych, mięso na czekoladowym torcie – wszystkie te elementy są jakby nie z tego świata, nie pasujące do tego co uznajemy za normalność, świat codzienności. Dokładnie z tym samym mamy przecież w świecie horroru. Czy zatem możemy mówić o jakiś zasadniczych zmianach w reklamie, z zanikaniem poczucia humoru, a próbą rozpoczęcia eksperymentowania z wykorzystaniem mrocznych koszmarów? A jak to bywało dawniej, a jak to bywa gdzie indziej w innych krajach, czy reklama też styka się z horrorem i kiedy, w jakich sytuacjach to się dzieje?

wtorek, maja 29, 2007

Labirynt Fauna – inicjacja w dorosłość?

Są zapewne filmy, które trzeba oglądać, co najmniej dwa, trzy razy. Co do filmu „Labirynt Fauna”, który - jak większość z was na pewno się ze mną zgodzi - jest filmem niezwykle okrutnym - to warto go obejrzeć przynajmniej dwa razy. Jeden raz w kinie, a drugi – w domu już na spokojnie starając się wyszukać ukryte znaczenia i symbole. Chociaż musze przyznać, że to decyzja, którą mogą podjąć naprawdę odważni i zapaleni miłośnicy kina.
Nie o wszystkim można napisać i to wprost. Po obejrzeniu filmu najczęściej mamy mętlik w głowie. Ciśnie się nam tysiące skojarzeń, obrazów, oglądamy obejrzaną historię z wielu różnych stron – raz w zwolnionym tempie, a raz w przyspieszeniu. Jeśli chodzi o mnie to po wyjściu z kina nie mogłem się odezwać, wykrztusić ani jednego słowa. Nie ukrywam, że tego wieczoru udałem się do kina, aby trochę się rozerwać i zapomnieć o problemach codziennego dnia. A tu spotykam obrazy, które są jakby żywcem wyrwane z koszmarnego snu.
Zanim wyjawię wam, swoje odczucia i przemyślenia na temat filmu meksykańskiego reżysera Guillermo Del Toro „Labirynt Fauna”, – który, jak uważam jest jednym z najbardziej przejmujących filmów ostatniej dekady, warto abyście oddali się spokojnej lekturze innych recenzji i spojrzeli na film z różnych punktów widzenia – tak, aby móc porównać i wyrobić sobie własną opinię na temat tego niezwykłego dzieła.
Większość recenzji wskazuje zaledwie na kilka rzeczy: faszystowska Hiszpania, dwie rzeczywistości i ucieczka od tej prawdziwej w tą utkaną z obrazów dziecięcej fantazji - próba rekompensaty okrucieństwa, które mała dziewczynka przeżywa, na co dzień. Jednak w recenzjach tych zdecydowanie mało jest omówienia warstwy symbolicznej filmu. Po ich lekturze nadal nie wiemy, po co pojawia się Faun, do czego reżyserowi był potrzebny labirynt, kim jest okrutny stwór z oczami w dłoniach? Czy to tylko sprawnie wymyślone rekwizyty, fantazyjne detale, aby ukazać, co dzieje się, kiedy dziecko nie znajduję wokół siebie miłości? A co z postacią chorej matki? Dlaczego musi umrzeć? Jaką rolę w końcu spełnia postać okrutnego ojczyma? A gdzieś po drodze pojawia się postać Mandragory. Czy „Labirynt Fauna” to jeszcze jeden z tych filmów, w których ponownie przeżywamy dramat okresu dorastania? Reżyser po coś wraca do tego okresu. Niektórzy z was mogą przypomnieć sobie klimat z filmu, Dark Water - tam też mieliśmy wiele odniesień do ciemnych stron dzieciństwa i mogliśmy zobaczyć, co dzieje się z dzieckiem (dziewczynką), która nie znajduje miłości – już jako dorosła kobieta niebezpiecznie zbliża się do krawędzi jawy i snu. Pierwsze tropy, a w zasadzie jeden główny trop odnajdziemy w wywiadzie z reżyserem „Labiryntu Fauna”, który można przeczytać na stronach Dziennika. Pojawia się tam wspomnienie reżysera z okresu jego dzieciństwa. Gdy był małym chłopcem przychodził do niego faun – dokładnie taki sam, jak potem ukazany przez niego w filmie. Del Toro strasznie się go bał - był prawdziwie przerażony. Faun to niezwykle ciekawa postać. To postać – można powiedzieć – graniczna, transgresyjna. Przedstawia greckiego boga Pana (w starożytnym Rzymie znana, jako bóg Faunus). Początkowo traktowany, jako opiekun pasterzy i ich trzody. Potem utożsamiany z naturą, jako taką. Faun to postać, która zarówno może tworzyć, jak i niszczyć – to postać niezwykle kreatywna i destrukcyjna zarazem. Czyżby reżyser umieścił ją w filmie w roli strażnika, czy wręcz swoistego odźwiernego stojącego na granicy dwóch światów – tego profanum i tego sacrum? Mała Ofelia panicznie szuka drogi ucieczki ze świata rządzonego twardą pięścią przez jej ojczyma (uosabia on wszystkie cechy hiszpańskiego macho, prawda, że wszystkie one zostają doprowadzone do granicy szaleństwa, wręcz przerysowane) i w końcu spotyka Fauna – postać równie straszną, ale jednocześnie dającą nadzieję wyzwolenia - niestety pod pewnymi, ściśle określonymi warunkami. Ofelia, aby móc wydostać się z kręgu zła, które uosabia jej ojczym Vidal musi wykonać trzy trudne zadania. Po pierwsze, musi uratować ginące drzewo, które umiera zjadane przez olbrzymią ropuchę. Dziewczynka musi wejść do środka, znieść brud i niewygody i zabić ropuchę. To zadanie, chociaż niełatwe udaje jej się wykonać. Drugie, polega na wydobyciu klucza z mrocznej komnaty, w której znajduje się stół zastawiony przepysznym jedzeniem, pilnowany przez postać, która widzi jedynie wówczas, gdy włoży swoje gałki oczne w środek swoich dłoni. Faun jednak ostrzega Ofelię, aby nie ważyła się dotknąć niczego ze stołu. Jednak mała dziewczynka ulega pokusie i spożywa jeden z zakazanych owoców. To budzi strasznego strażnika i Ofelia ledwo ucieka przed śmiercią. Faun jest niepocieszony, oskarża Ofelię o niedotrzymanie obietnicy i znika. Czy czasem te zadania nie są swoistą formą inicjacji – inicjacji potrzebnej, aby doświadczyć świata sacrum, ale jednocześnie, aby znaleźć moc i poczucie bezpieczeństwa w sobie samym i stać się dorosłym. Wskazówką, że możemy mieć tu do czynienia z inicjacją/przejściem jest labirynt, który związany jest z trzecim zadaniem. Faun w końcu decyduje się ostatecznie pomóc Ofelii, ale ta, aby znaleźć drogę wyjścia z koszmarów świata profanum musi odnaleźć sekretne przejście w labiryncie, a gdy już to uczyni ma za zadania dokonać krwawej ofiary ze swojego małego braciszka. Przejście odnajduje, ale zawierzając swojemu sercu Ofelia nie ulega pokusie Fauna i nie czyni zła – i w ten sposób staje się wolna. Okrucieństwo jest naprawdę czasem okrutne, ale aby je znieść albo wręcz się jemu przeciwstawić musimy stanąć z nim w twarzą w twarz. Chcąc to uczynić nie możemy polegać na kimś z zewnątrz, stać biernie i pełni przerażenia lub szukać schronienia w magicznym świecie – musimy skierować się do swojego wnętrza i przejść na drugą stronę – tak, aby nie uciekając od emocji, strachu, bólu móc stawić czoła bestii.
Na koniec jeszcze zagraniczne ujęcie tematu:
jeden tekst z The Guardian
i drugi tamże

niedziela, maja 13, 2007

Rycina 4

Nie udało mu się jednak zakończyć filmu. Szok był zbyt duży. Nieszczęśnik tak się przestraszył, że dostał zawału serca i zmarł na miejscu. Rano znaleziono jego ciało w ogrodzie „feralnego domu”, a nieopodal leżał telefon komórkowy z nagranym filmem.

piątek, maja 11, 2007

Rycina 3

Dźwięki nabierały impetu, przyspieszenia, stawały się coraz bardziej wyraźne i przerażające. Nie chciał tego słuchać, a mimo to włączył kamerę w swoim telefonie komórkowym i nawet nie zatrzęsła mu się ręka. Jakby chciał odwrócić swoją uwagę od głosów, które teraz uchwycił spośród nadchodzących dźwięków. Z całą premedytacją filmował scenę za sceną, jakby to był film, ale to nie był film tylko pogrzeb wystylizowany na tragiczno-komiczny rytuał.

wtorek, maja 08, 2007

Rycina 2

Najpierw usłyszał przejmującą ciszę. Po krótkiej chwili usłyszał cichy szmer. Zrobił kilka kroków naprzód. Szmer przerodził sie w rytmicznie powtarzające się dźwięki, które wydały mu się dziwnie znajome. Znowu przystanął. Nasłuchiwał.

piątek, maja 04, 2007

Rycina 1

Przyszedł mi do głowy taki oto początek pewnej historii. Był sobie dość już wiekowy dom, w którym mało, kto chciał zamieszkać. Bo tylko ktokolwiek odważył się do niego wprowadzić ginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Dom znajdował się w cichej okolicy i naprawdę niebrzydkiej. Wokół rosły przepięknie rozłożyste, wiekowe drzewa. Latem mieszkańcy mogli cieszyć się przyjemnym chłodem, zaś zimą podziwiać fantazyjnie układające się na gałęziach fałdy śniegu, co sprawiało wrażenie przebywania w baśniowej krajnie. I przez to dom ów znajdował wciąż nowych lokatorów, a raczej lokatorki.
Dziwne to były w istocie historie. Zazwyczaj wyglądało to tak. Do owego domu wprowadzała się starsza już dama, z myślą zapewne o tym, aby zasłużenie po trudach życia móc w tym pięknym zakątku kraju wreszcie sobie odpocząć. I rzeczywiście tak się działo, chodź może nie do końca zgodnie z planem owej lokatorki. Kiedy tylko mijał okres zaledwie miesiąca owa nieszczęsna kobieta już nieżyła. Jej ciało odnajdywano w strasznym stanie, zazwyczaj w kuchni, z rozciętą na pół głową, w kałuży krwi wypływającego mózgu. I co najdziwniejsze za każdym razem historia przebiegała w ten sam sposób.
Nikt nie potrafił odszyfrować tej koszmarnej zagadki. Znalazł się nawet sławny na cały kraj detektyw, który próbował rozwiązać ów mroczną tajemnice tragicznie zmarłych, starszych dam – nic z tego. Sprawca nie pozostawiał żadnych śladów, ani znaków. Nikt z sąsiadów nie słyszał żadnych dźwięków, krzyków, hałasów etc. etc. Jakby nic się nie stało – można by pomyśleć, a jednak rano starym zwyczajem odnajdywano nowe zwłoki.
Nikt nie wiedział tylko o tym, że w owej przepięknej i jednocześnie tragicznej okolicy pomieszkiwał nikomu nieznany bezdomny. Jedno, co można o nim powiedzieć, że był ogarnięty pasją posiadania elektronicznych gadżetów. Mógł chodzić cały dzień głodny, ale musiał mieć najnowszą komórkę, prawdziwy full-wypas, jak to teraz mówią młodzi i to koniecznie z kamerą i aparatem fotograficznym. Nie ma, co, niezły był z niego goguś, prawdziwy miłośnik nowych trendów. Pewnej nocy, ukradkiem zakradł się do owego feralnego domu, z myślą, że a nóż widelec uda mu się wykraść jakieś nowoczesne cudeńko, jakiś nowy hit mody, niezwykły aparat fotograficzny, cyfrową kamerę lub mp3. Chodź już miał ich, co niemiara, ale wciąż było mu mało. Nie do końca był oczywiście świadomy, co się w owym domu dzieje, a już zupełnie nie spodziewał się tego, co zobaczy tej nocy w ogrodzie.

środa, kwietnia 11, 2007

Apokalipsa według Koonza

Głębia i powaga tematyki, którą porusza książka wcale nie muszą iść ze sobą w parze. W swojej książce pt. „Apokalipsa” Dean Koonz sięga po temat zagłady rodzaju ludzkiego. Temat od dawien dawna zaprzątający ludzki umysł. Już apokalipsa według Św Jana groziła nam, śmiertelnikom, że kiedyś nastąpi nasz koniec. To na pewno temat poważny – nie ważne kto jakie ma poglądy i jaką religię wyznaję - uważam, że możliwość końca świata zawsze należy brać pod uwagę. Nie w sensie, że jest to możliwe lub nie, ale w takim, że warto się zatrzymać i zastanowić, co może się stać, jeśli nie zaprzestaniemy uprawiać gospodarki, której jedynym celem jest zysk, a skutkiem - eksploatacja wszystkiego co się rusza.
Dean Koonz uznawany jest za jednego z głównych konkurentów Stephena Kinga – mistrza amerykańskiego horroru. Jednak jego książka „Apokalipsa” – moim zdaniem - nie jest w żadnej mierze konkurencją dla „Bastionu” – powiesci autorstwa Kinga, która również dotyka motywu końca świata. Koonz może rzeczywiście umie przerażać, ale to, w jaki sposób to czyni może jedynie przerazić delikatnego młodzieńca, który dopiero co próbuję wyrwać się z matczynego domu. To po pierwsze. Po drugie – historia, którą opowiada nie jest oryginalna. Czytając Apokalipsę Koonza wciąż miałem wrażenie, że już kiedyś widziałem, czytałem podobne historie.
Na pewno trzeba autorowi przyznać jedno. Potrafi sprawnie snuć opowieść, ale jest to opowieść zbudowana z precyzją doświadczonego technika i daleko jej do tego, jak taką historię opowiedziałby prawdziwy mistrz. Mimo to opisywane wydarzenia łączą się w logiczną całość. Ok. Ale powaga poruszanej tematyki sugerowałaby coś więcej, coś co poruszyłoby czytelnika do głębi, do trzewi. Tu tego nie mamy.
Zacznijmy od bohaterów. Już na pierwszych stronach poznajemy małżeństwo. Może nie takie, jakich wiele, bo żona to znana pisarka, a mąż to opiekuńczy i zdecydowany mężczyzna, który w swoim życiu parał się wieloma rzeczami - w chwili kiedy go poznajemy zajmuje się akurat stolarstwem. Początek całej historii jest ciekawy i nawet może wzbudzić w czytelniku mały dreszcz przerażenia. Chociaż postaci bohaterów czasem wydają się jakby narysowane kreską sprawnego rysownika i w małym stopniu przypominają żywe osoby.
Wyobraźmy sobie, że nie możemy z jakiegoś powodu zasnąć, coś nie daje nam spać. Z początku zupełnie nie wiemy, co to jest. Takie doświadczenie przydarzyło się Molly – głównej bohaterce opowieści Koonza. W środku nocy coś ją obudziło. Nie mogąc już zasnąć postanowiła popracować nad swoją powieścią, włączyła komputer... i wpierw usłyszała... dźwięk padającego deszczu, a potem dziwny szmer na werandzie. Niby nic – każdemu z nas przecież może to się przytrafić. W nocy zwykle panuje cisza i każdy nawet najcichszy dźwięk budzi niepokój, a jeśli nawet nie budzi zaniepokojenia to zwykle na chwilę przystajemy i próbujemy dowiedzieć się, co go spowodowało. Szczerze mogę powiedzieć, że ta scena mnie zaciekawiła i mocno zapragnąłem dowiedzieć się, co będzie dalej.
Ale się rozczarowałem. Po wciągającym wstępie następuje nienaturalne wręcz przyspieszenie wypadków. Jesteśmy świadkami prawdziwego pogromu. Pojawiają się grzyby, które przybierają nieziemskie rozmiary, ludzie popełniają samobójstwa lub biegają, jak szaleńcy, a po niebie przelatują dziwne, olbrzymich rozmiarów statki kosmiczne, zupełnie nie podobne do niczego, co do tej pory znała ludzkość. W końcu, jesteśmy świadkami pojawienia się surrealistycznych stworów, które zabierają ludziom ich twarze. I nagle wszystko znika i nie wiadomo tak do końca, co to wszystko miało znaczyć. Tylko na samym końcu historii główna bohaterka próbuję rozwikłać całą zagadkę i trzeba przyznać robi to niezbyt przekonująco, Koonz daje do zrozumienia, że mieliśmy do czynienia z prawdziwym Sądem Bożym – to rozpasana ludzkość poniosła zasłużoną karę za grzechy.
Powieść Deana Koonza to typowo amerykańska przypowieść, że trzeba być twardym i nieugiętym, zaradnym i walecznym. A najważniejsze to trzeba mieć nadzieję i oparcie w rodzinie. Dla mnie to trochę to za mało, jak na tak poważny temat, jakim jest apokalipsa i zagłada ludzkości.