czwartek, lutego 15, 2007

Znaczenie tajemnicy

Żyjemy w świecie, w którym większość naszych działań zostało sprowadzonych do czystej ekonomii. Znaczną część dnia spędzamy w biurze na myśleniu i działaniu w imię sprzedaży jakiś produktów i usług. Do pewnego stopnia praca zajmowała nasz czas na pewno i kiedyś, może nawet tego czasu zabierała nam znacznie więcej niż teraz. To banalne i oczywiste pomyśli przypadkowy czytelnik. Tak to z pewnością prawda. Ale dawniej mieliśmy do czynienia z całą sferą doświadczeń i myśli, która odwoływała się do czegoś jeszcze innego niż tylko zasady ekonomii. Potrafiliśmy przeżywać religijne rytuały w prawdziwym uniesieniu, sfera sacrum posiadała uznane i poważane miejsce w naszym życiu. Więcej nawet, to ona przede wszystkim była przewodniczką i drogowskazem dla naszych poczynań, dawała nam oparcie, wyzwalała w nas emocje, wreszcie sprawiała, że bolesne doświadczenia, jak ból, choroba i w końcu śmierć były czymś naturalnie wpisanym w cykl naszego życia. Sfera sacrum narzucała, nieraz bardzo bezwzględne i często zupełnie nie efektywne ekonomicznie, zasady postępowania. Jednak dzisiaj została sprowadzona do duchowego podziemia, czy nawet zepchnęliśmy ją do własnej podświadomości. Dzisiaj życie polega na ciężkiej pracy i na... zabawie. Nasze całe spektrum działań zostało sprowadzone do dwóch głównych i zasadniczych ról – do roli planisty marketingu i do roli konsumenta. Wszystkie anomalie, bolesne przeżycia wypieramy, jedynie czasem pozwalamy sobie na kontrolowanie przeżywanie ich w sposób wirtualny. Tym samym wyrzuciliśmy poza nawias wszystkie demony, lęki, ułomności, strachy do ciemnych i niewidocznych zakamarków naszego umysłu.
Czy czasem w pewnym momencie nie grozi to wszystko nagłą erupcją agresji i nienawiści? Po części już teraz mamy tego przykłady w postaci wzrostu przestępczości w szkołach, czy coraz częstszych scenach przemocy i poniżenia pokazywanych przez media. Brak sfery pozbawionej znaczenia ekonomicznego sprowadziło nasze życie do szeregu pustych i pozbawionych sensu codziennych rutyn. Odczuwamy ból, głęboki brak sensu, nie potrafimy już uwierzyć w duchy, z bajek usuwamy makabryczne sceny, staramy się aby nasze domy były białe i sterylnie czyste. Ale mimo to wciąż czegoś nam brakuje. W wieku 40-stu lat zaczynamy nadużywać alkoholu, wcześniej rezygnując w imię rodzinnej stabilności z młodzieńczych używek, jak narkotyki i papierosy. Kołaczemy się w kółko, jak zombi, chociaż w prawdziwość ich istnienia dawno już przestaliśmy wierzyć. Paradoksalnie wcześniej odczuwaliśmy przed nimi strach, odprawiając rytuały, nad łóżkiem wieszając czosnek w obronie przed wampirami. Teraz jesteśmy nieludzko spokojni. Ale jednocześnie nie potrafimy już się zatrzymać. Gnamy, jak opętani za szczęściem, które trwa tylko chwilę. Zbieramy jego okruchy w swoje drżące dłonie, by za chwilę przekonać się, że znów są puste.

Marginalne społeczności

Zawsze interesowały mnie światy marginalne, zapomniane, spychane gdzieś na bok. Może wynikało to z mojego wcześniejszego doświadczenia. Nigdy, jak sięgam pamięcią, nie udało mi się wejść w jasne struktury społeczeństwa, zająć widocznej, będącej na piedestale pozycji, odnaleźć powiązania z oficjalnym światem normalności. Zajmowała mnie historia odmieńców, kalek, schizofreników, outsaiderów, poetów straceńców. Długo, bardzo długo pragnąłem przebić się do jasnej strony mocy, normalności. Ale nic z tego, podziemny świat ściągał mnie wciąż w dół i w dół do ukrytych i nie widocznych zakamarków dewiacji, przerażenia, depresji, obłędu. Stąd pewnie zainteresowanie horrorem. Chociaż tu przyznać się muszę, że ów świat demonów, nawiedzonych domów, zombi, wampirów przeraża mnie nieustannie, fascynuje ale i odstręcza, chcę go poznać ale jednocześnie się go boje. Dlatego tak rzadko tu jestem, pojawiam się, nie potrafię zagłębić się w temat, poświęcić mu się bez reszty. Czasem tylko przychodzi mi na myśl, że gdybym tak jednak tego spróbował dokonać to od razu widzę taki oto obraz, że spotykam się ze śmiercią w twarzą w twarz. Przerażające. Jakbym budził się w środku nocy cały zlany zimnym potem. Prędzej już udawało mi się dłużej obcować ze światem SM, seksualnych wynaturzeń, fetyszów. Chociaż i tu skrywałem się z tym bardzo długo. Nie wyjawiałem moich zainteresowań przez lata. Oto teraz to czynie. Napominam ukradkiem, mimochodem na zapomnianych stronach internetu, szumiącej nieustannie sieci anonimowych spojrzeń. Czynie to jednak nie bez pewnego zawstydzenia i lęku, że zostanę zdemaskowany i wskazany palcem przez przypadkowych przechodniów w drodze do pracy. Światy marginalne, ciemne zaułki, opary opium, krzyki przeraźliwie brzydkich kurew i ciche szepty dochodzące zza rogu. Ale to nie tylko tajemnica jest tak fascynująca. To także potrzeba ekspresji i uwolnienia emocji. Ekstrawaganckie stroje, wykrzywione twarze w przedziwnych grymasach, lateks, skóra, futra, ciężki zapach perfum. Poszukiwanie własnej drogi poprzez wciąż skrywane demony. Tu zaczyna się moja fascynacja modą, ale też modą marginalną, mającą na celu zniewolenie, upokorzenie, powolną ewolucję w bezkres i samozatracenie, wykorzystującą przebiegłe techniki manipulacji i strategie uwodzenia. Chwila i tymczasowość, ekstaza, eksces i strach i tlący się pod powierzchnią cały czas paraliżujący lęk, ucieczka, jeszcze raz ucieczka od światła dnia, normalności i porządku. Tworzenie własnego, wymyślonego od podstaw porządku. Czy jest sposób aby metodycznie i spokojnie zmierzyć się i poznać ten zakazany świat i to w taki sposób, w jaki prowadzi się badania socjologiczne? Może warto spróbować poszukiwania od wirtualnej antropologii szaleńców, społeczności SM, organizacji grupujących wyznawców teorii spiskowych, fetyszystów, niespełnionych artystów, gejów, transwestytów? Jakie tropy by do nich prowadziły? Może najprościej zobaczyć z czym łączy się horror i przerażenie – dwa słowa klucze, a może za nimi znajdują się drzwi do wyzwolenia, droga prowadząca do wolności albo zupełnie inaczej – droga prowadząca do czystego szaleństwa.
Każdy świat kieruje się swoją własną dynamiką, wyznaje określone zasady i normy i mimo, że jest marginalizowany to stara się na wszelkie sposoby uniknąć chaosu i entropii. Internet jest w pewnym sensie katalogiem. Blog można, z kolei określić, jako – na różne sposoby – pisany komentarz do owego katalogu. Autor bloga znajduje dojście do jednej z wybranych szuflad, która grupuje materiały – dajmy na to dotyczące postaci z gier komputerowych. Wyjmuję pierwszą z brzegu kartę, przygląda się jej uważnie i pisze doń komentarz, potem wyjmuję następną i znowu pisze swoje przemyślenia, uwagi, dodając przy tym przypisy do innych kart na podobne tematy znajdujących się w innych sąsiadujących szufladach.
Ale tu pojawia się pierwsza wątpliwość, czy w takim świecie pasji, koncentracji jedynie na swoich wąskich zainteresowaniach jest możliwa historia, pamięć i jaka pamięć? Czy na przykład społeczność SM potrzebuje w ogóle jakiejś historii, którą skrzętnie zostawałaby zapisywana, odczuwa potrzebę gromadzenia pamiątek, snucia opowieści? Zapis koncertów, zdjęcia ze spotkań, wystaw, wystąpień podziemnych artystów, tajemnych orgii – to wszystko, co jest możliwe do zapamiętania. Ale przecież historia ta sprowadza się jedynie do uwiecznienia chwil, krótkich momentów, z którymi wiąże się najczęściej miłe spędzanie czasu, wysłuchanie ulubionego pisarza, czy pamięć o pożądaniu, jakie odczuwali uczestnicy wpatrzeni w ostry nosek eleganckiego pantofelka. Ale zboczyłem z głównego tropu. Powróćmy zatem do pierwotnego pytania, czy jest możliwa eksploracja społeczności marginalnych? Od razu chciałbym zaznaczyć, że za określeniem ‘społeczności marginalne’ nie musi wcale kryć się świat marginesu społecznego w sensie niskiego statusu, wręcz przeciwnie społeczności te mogą grupować osoby żyjące na znośnym poziomie lub nawet osoby zamożne. Ważne jest tu co innego. Społeczności marginalne to raczej takie zgrupowania, które przyjmują określony styl życia, ich członkowie zafascynowani są określonym tematem/tematyką niekoniecznie podzielaną i akceptowaną przez większość społeczeństwa. Ważne jest dla nich to, że skoncentrowane są na realizacji własnych, najczęściej właśnie marginalizowanych społecznie, potrzeb, przyjmują określoną estetykę, sposób zachowania, czytają takie, a nie inne książki.

czwartek, lutego 01, 2007

Filmy, które przerażają

Nie ważne, ile w swoim życiu obejrzeliście już przerażających filmów, ważne, czy lubicie się bać, jeśli tak, to spójrzcie na te dwa, krótkie amatorskie produkcje. Oba filmy znalazłem szukając czegoś związanego z horrorem na serwisie Youtube. Pierwszy to naprawdę klimatyczny i mroczny obraz, potrafi wciągnąć i zahipnotyzować widza. http://www.youtube.com/watch?v=cw6sqp38rNA Drugi... zresztą sami zobaczcie. http://www.youtube.com/watch?v=3Lbufds1r48

sobota, stycznia 20, 2007

Nawiedzone domy

Znowu wracam. Zupełnie, jak duch. Nieznany nikomu i niewidoczny. Pojawiam się tutaj zostawiając niewielki ślad i ponownie znikam na całą wieczność. Tak sobie pomyślałem, że to dobry pretekst aby wspomnieć kilka słów o nawiedzonych domach, które przecież przez większość czasu stoją puste, no może niezupełnie puste... Jedynie czasem zdarzy im się gościć jakiś przypadkowych przybyszów. Zupełnie, jak mój blog. Przeglądając internet – nie ukrywam, że dość pobieżnie - natknąłem się na takie miejsca o nawiedzonych domach: Hauntedhouse Hauntedhouse Magazine Hauntworld Nieco materiału podaje też, jak zwykle niezastąpiona Wikipedia - por. Haunted House W polskiej Wikipedii znajduje się tylko streszczenie filmu „Nawiedzony dom” jednego z dziewięciu filmów krótkometrażowych składających się na serię Animatrix, której reżyserem jest Koji Morimoto. W 1991 roku ukazała się książka na temat domów, które swoim mieszkańcom przynoszą same nieszczęścia - „Domy, które zabijają”, autorstwa niejakiego Rogera de Laforesta. Książka może nie tyle dotyczyła nawiedzonych domów w tym sensie, że nie opowiadała o miejscach, w których mieszkają duchy lub inne dziwne stworzenia pochodzące z zaświatów. Jej autor zajmował się historią domów, które sprzyjały zapadaniu na ciężkie choroby albo nawet prowadzily do śmierci, wszystkich tych, którzy próbowali w nich przez dłuższy czas zamieszkiwać. Lektura naprawdę inspirująca – tak mocno, że pamiętam to jeszcze dziś – sam chciałem głębiej zająć się tematem i odszukać jeden z takich domów. Cavernsofblood - a to dla tych, którzy chcą się troszkę przestraszyć i jednocześnie mieć z tego dobrą zabawę...

poniedziałek, października 30, 2006

Strachy na lachy powracają

Mocno już chyba przesadziłem... Nie pisałem już prawie miesiąc. Nieźle. Moja systematyczność jest chyba bytem wirtualnym, wymyślonym dla potrzeby rynku. Jestem zwyczajnym leniem i piszę tego bloga bo wszyscy piszą, ale tak naprawdę to nie mam nic szczególnego do powiedzenia. Dziś chwyciłem za klawiaturę, no bo jak to, już niewypada. Nawet mój dobry przyjaciel zaczął pisać bloga, zresztą sami możecie spojrzeć . To się dopiero nazywa bicie piany, ha. Ale nie mam wyboru, jak nie będę pisał to już zupełnie zapomnę o tym, jak się piszę. Wroćmy do historii o młodym Paniczu. W końcu udało mu się otworzyć drzwi. Ich dźwięk był najgorszym, najbardziej przerażającym z dźwięków, jakie usłyszał w swoim życiu. Przypominał dźwięk łamanych kości i jednocześnie stłumionego krzyku przerażonej czymś potwornie osoby. Ale nie to było najgorsze. Najgorsze było co innego. Samo wnętrze zamku. Każdy jego detal, szczegół wydawał się znajomy. Wpierw nie mógł sobie przypomnieć skąd go zna, pamięta. Dopiero gdy wszedł głebiej uświadomił to sobie. I to właśnie było najbardziej przerażające. Wnętrze zamku było mu znane bo znajdujące się w nim meble, kolor ścian, stół z długimi czerwonymi wazonami, ponure porterety byłych właścicieli – wszystko to kiedyś widział w swoich snach. Obecne jeszcze na zewnatrz samozadowolenie prysło zupełnie, doszczętnie wyparowało. Już nie potrawił się dalej oszukiwać. Wiedział to doskonale – był przerażony. Ale nie mógł zupełnie zawrócić. Jakaś siła pchała go dalej i dalej w mroczne korytarze zamczyska. Wszędzie czuć było stęchliznę i zapach starych, prawdawnych czasów.

środa, września 06, 2006

Nowy film

Byłem dzisiaj na filmie, niezwykłym filmie. Chwilami miałem nadzieję, że budzę się jak ze snu, że coś widzę tylko nie wiem jeszcze, co. Co prawda, muszę to przyznać, że wiele już razy doświadczyłem takich "przebudzeń" i nic się nie działo. Jednak tym razem to wrażenie było naprawdę przejmujące. "Kobieta w błękitnej wodzie" - film M. Night Shyamalan'a - reżysera takich filmów, jak "Szósty zmysl", "Znaki", czy "Osada". "Kobieta w błękitnej wodzie" to film z pogranicza horroru, fantasy czy nawet baśni. Nie każdy może będzie tym filmem zachwycony, bo nie każdy pewnie jest otwarty na dawne opowieści, czy mity. A te, jak wiadomo mają swoją właściwą tylko sobie symbolikę. I nie ważne, że takim symbolem może być krzyżówka, czy opakowanie po płatkach śniadaniowych - takie to przedmioty Shyamalan wykorzystuje, aby przekazać widzom dawno zapomniane historie. Może to z początku wydawać się śmieszne, ale zapewniam każdy, kto czytał stare baśnie nie po przestanie na śmiechu. Wszystko w tym filmie dzieje się w wokół basenu i domu zamieszkanego przez postaci, których okreslenie: barwne to zbyt mało – każda z nich jest na swój sposób fascynująca. Bohaterem filmu jest gospodarz owego domu - Cleveland Heep, czterdziestoletni mężczyzna, który wybrał taki sposób na życie z powodu tragicznych wydarzeń mających miejsce w przeszłości. Kilka lat temu pod jego nieobecność ktoś wszedł do jego mieszkania i zamordował całą jego rodzinę. Praca w charakterze gospodarza to dla niego swoista pokuta – wciąż, bowiem nie może przestać obwiniać samego siebie za śmierć swojej rodziny. Dawno, dawno temu dwa światy: nasz i ten pełen magii i duchowego piękna Błękitny Świat funkcjonowały wzajemnie się przenikając, jednak w pewnym momencie ludzie zapatrzeni jedynie na doczesne korzyści zapomnieli i stracili kontakt ze światem wodnych istot. To tak jakby stracili kontakt z samym sobą. Teraz już nie wiedzą, kim są i dokąd podążają. Tak też doświadcza życie Cleveland – schowany przed światem w małym domku stojącym nieopodal basenu, żyjący z dnia na dzień, zajęty drobnymi naprawami i pilnowaniem porządku. Wszystko się zacznie zmieniać, kiedy pokutujący gospodarz spotka na swojej drodze życia piękną Story – narfę, która jest jedną z wielu mieszkańców Błękitnego Świata. Chociaż ona sama nie wie, kim jest razem z Clevelandem i innymi mieszkańcami domu nad basenem będą w stanie odnaleźć swoje miejsce i cel. Shyamalan czerpiąc inspirację z opowieści, którą opowiadał na dobranoc swoim dzieciom stworzył film, który pozwala widzom przypomnieć sobie, że nie wszystko musi sprowadzać się do oczywistych faktów i codziennej egzystencji. Istoty ludzkie są powołane do pamiętania o swoich korzeniach. Na pewno słuchanie opowieści, baśni i mitów pozwala słuchaczom, czy widzom dotknąć tej części samego siebie, o której często już dawno zapomnieli. Dla ciekawych innego spojrzenia na ten inspirujący film zamieszczam też linki do stron: Esencji - internetowego magazynu poswieconego kulturze popularnej i dzialu filmowego Gildii.pl - serwisu na temat różnorakich aspektow związanych z filmem, grozą, grami itp.

czwartek, sierpnia 24, 2006

Stephen King - Stukostrachy

Głęboko wierze, że lektura książki może pozowolić zobaczyć rzeczy, których zwykle nie dostrzegamy. Dać nam szansę na dotkniecie, chociaż może nawet chwilowe, pewnych rzeczy, o których zwykle boimy się myśleć, nie mówiąc o wypowiadaniu ich na głos. Książka „Stukostrachy” autorstwa Stephen Kinga w dużej mierze może wywołać taki efekt. Choć z góry uprzedzam nie wszystkim może się ona spodobać. Raz, bo nie ma w niej zbyt dużo klasycznego dla tego pisarza klimatu grozy, napięcia, a dwa, że – choć pod tym względem nie jest już tak wyjątkowa w porównaniu do innych pozycji tego pisarza – jej zakończenie przypomina niekończący się włoski western w rodzaju „zabili go i uciekł”.

A jednak. Coś jest takiego w tej opowieści, że nie warto zupełnie rezygnować z jej lektury. Jak zwykle u Kinga cała historia zaczyna się w sennym, małym amerykańskim miasteczku, gdzieś na prowincji, w którym mieszkają tak zwykli i zanurzeni w swojej codzienności ludzie, że to, co potem ma miejsce jest tak silnym kontrastem, że pozwala obudzić w czytelniku zastanowienie i chęć zrozumienia czegoś więcej niż rozwiązywanie codziennych problemów. Dla mnie jest to przede wszystkim opowieść o dwóch ważnych sprawach. O wzajemnych relacjach, które możemy obserwować w małych lokalnych wpólnotach, ale też w najbliższym otoczeniu, w rodzinie, w pracy. A druga to przemiana – przemiana, która z początku, z pozoru nie widoczna, powoli zmienia wszystko, włączając te dobrze już nam znane z codziennej krzątaniny relacje między ludźmi. Może przesadzam, może szukam igły w stogu siana. Mamy przecież do czynienia z literaturą popularną – może w wykonaniu takiego mistrza, jak Stephen King, ale jest to tylko zawasze książka skierowana do określonej grupy odbiorców – miłosników dobrego horroru. Gdy gasną reflektory ulicznych latarni i na dworze panuję ciemność to za drzwiami mogą zacząć stukać stukostrachy i wtedy wszystkie oczywistości rozsypują się w drobny pył, a znane nam dotychczas osoby przestają zachowywać się znajomo i nie wiemy tylko, czy one się zmieniły, czy też my sami uleglimy przemianie. A wszystko może rozpocząć się od mało znaczącego szczegołu – potkniecia się o coś wystającego w ziemi, o coś co zwróci naszą uwagę, a potem bez opamiętania – naszą ciekawość. Zawładnie nią tak mocno, że nie będziemy w stanie się niczym innym zająć, jak wciąż próbować znaleźć odpowiedź. To właśnie przydarzyło się bohatercę tej powieści i to własnie było przyczyną przemiany jej samej i wszystkich mieszkańców miasteczka. Stephen King w swojej powieści nazywa sprawy po imieniu, chociaż można się spierać, czy robi to wprost. W lesie, przy którym bohaterka potyka się o niewielki wystający z zmiemi przedmiot czai się zło, które nie jest z tego świata. Tylko można się zastanawiać, czy jest czymś z zewnątrz, czy może stanowi swoisty katalizator, który pozwala ujawnić się złu, które już wczesniej było obecne w miasteczku i jego mieszkańcach.

Znowu ruszam z kopyta

Tylko ciekawe na jak długo ktos może zapytać. Zobaczymy. Niżej narazie początek historii, którą kiedys usłyszalem w dzieciństwie.

Działo się to dawno temu. Może to był początek XIX wieku, a może XX? Już dokładnie nie pamiętam. Do niewielkiego miasteczka, na południu Polski przyjechał młody panicz. Poszukiwał pokoju aby spędzić kilka dni, jak mu się wydawało, w tym pięknym zakątku kraju. Pragnął wypocząć. Na jakiś czas odsunąć się od wiru spraw, interesów i bóg wie czego jeszcze. A zatem trafił do Grybowa. Pierwsze, co zrobił to udał się do gospody, która znajdowała się nieopodal kościoła i miejsca pobytu burmistrza, a że był pełen dobrych manier grzecznie się skłonił i zapytał, czy może na kilka dni wynająć jakiś, nawet nieduży pokój. Gospodarz podejrzliwie spojrzał się na naszego bohatera i odrzekł, że niestety nie, żadnych miejsc nie posiada bowiem wszystkie pokoje zostały już wynajęte. Ale niedaleko Grybowa znajduje się stary Zamek, w którym na pewno szanowny gość znajdzie godne siebie wygodne lokum. Ale aby być w pełni w porządku gospodarz uprzedził, że w Zamku tym podobno mieszka złowieszczy wampir. Nie to nie możliwe, żadnych wampirów przecież nie ma, odparł Panicz ze śmiechem i rzekł, że dziękuję bardzo za gościnę i informację i na pewno we wskazanym kierunku przez gospodarza się uda. Jak rzekł tak zrobił. Podróż naszego bohatera nie trwała długo. Nie mówiąc o zakurzonej, wiejskiej drodze, która wiła się przez las. Dla rozpoczynającego podróż mogło się wydawać, że jego wędrówka będzie trwała całą wieczność. Jednak już po około godzinie oczom młodego panicza ukazał się zamek, o którym opowiadał właściciel gospody. Jego widok trochę go zaniepokoił, choć to uczucie tak dla niego niepoprawne szybko zostało zagłuszone krótką ironią: – tu rzeczywiście nikt nie chciałby mieszkać, to zamczysko wygląda, jakby od stuleci nikt o niego nie dbał. – pomyślał przez chwilę i już mógł powrócić do swojego zwyczajowego sceptycyzmu, który – choć on sam o tym nie wiedział – dawał mu oparcie i otuchę szczególnie w takich chwilach, jak ta właśnie. Zamek prawdę powiedziawszy wyglądał upiornie. Był stary, jak spróchniałe stare drzewo bez liści stojące samotnie na dużej łące wypalonej przez gorące słońce lata. Na jego murach pokrytych brązowym mchem widać było głębokie pęknięcia i szczeliny. A wokół unosiły się jakieś dziwne opary, których zapach na pewno nie należał do tych do których nasz panicz zwykł już w swoim niedługim jeszcze życiu przywyknąć. Jednak niepokój znowu się pojawił – tak nagle i nie wiadomo skąd, jakby zaszedł naszego bohatera od tyłu, znienacka. I dlatego przez krótką chwilę nie mógł zrobić on ani jednego kroku. Stał wpatrzony w okropne i przerażające zamczysko, próbując znów odszukać w sobie, jakieś wyjaśnienie swojego przerażenia. Ale tym razem nie mógł go odnaleźć. Dlatego drżącą ręką ściągnął bagaż z dorożki i podszedł do drzwi zamku.

piątek, listopada 11, 2005

Noc maniaków strachu

Zaczęło się. Mroczna i zimna noc. Grupa młodych ludzi zbierających się w jednym miejscu. Wciąż nadciągają nowi. Stoimy i czekamy. Wygląda to wszystko jak zbiórka wyznawców Diabła. Poniekąd może nią nawet jest, chociaż niekoniecznie – tak naprawdę to początek następnej edycji ENEMEFów; tym razem poświęconej horrorom. Kto nie był niech żałuję i to mocno. Można było zobaczyć cztery filmy: „Dom Woskowych Ciał”. „Bękarty Diabła”. „Głosy” i „Siła Strachu”. Każdy z nich reprezentował zupełnie inną stylistykę. Bękarty Diabła fim w reżyserii Roba Zombi. Naprawdę tyle morza krwi i natężenia upokorzeń nie widziałem nigdy w życiu. Opowieść o rodzinie, która między sobą wygląda na mocno zintegrowaną, a wokół sieję zniszczenie i postrach. Przemoc zaczyna się już od pierwszej sceny kiedy to nieświadoma niczego kobieta zatrzymuje swój samochód aby pomóc leżącej nieruchomo na drodze dziewczynie i nagle: trach!!! dostaje nożem w plecy – i już wiemy z kim tak naprawdę mamy do czynienia. To nie żaden wypadek, czy biedna dziewczyna, która zasłabła na drodze, ale siostra i brat, którzy po prostu potrzebowali samochodu. Film przypomina amerykańskie kino drogi. Ale tylko przypomina... W tym filmie nic nie jest święte i nikt się nie liczy. Ważne jest aby przeć do przodu i dobrze się bawić nawet, jeśli zabawa polega na zadawaniu cierpienia. Mamy do czynienia z apoteozą wolności od wszelkich reguł i prawa do zadawania gwałtu. I ta muzyka, która wskazuję, że nie wszystko jest w porządku i wciąż ocieramy się o nieczyste moce. Bękarty Diabła skazują widza na niepewność, czy aby nie znajduję się już po drugiej stronie lustra – w świecie cieni, w którym władzę sprawuję Lucyfer? Chcemy zobaczyć, jak obdzierane jest ciało ze skóry i to żywcem, chcemy zobaczyć wbijanie gwoździ w dłonie, zabawę w robienie z żony namiętnej dziwki. Czy chcemy zobaczyć świat, w którym z nikąd nie ma pomocy, bo nawet szeryf wygląda i zachowuję się jakby został opętany przez diabła, jak tak - to wybierzmy się na film Robiego Zombi. Ma on w sobie coś diabelskiego i pokazuję bezpośrednie obcowanie z życiem i śmiercią, dla którego podstawowe znaczenie ma ofiara i kat, ból i przyjemność. „Bękarty Diabła” to film o świecie, w którym zadawanie okrucieństwa staję się orgazmem najsilniejszym z możliwych. Czy można sobie wyobrazić miasto, w którym nie ma ludzi tylko figury woskowe? O takim mieście opowiada film „Dom woskowych ciał”. Grupa studentów, którzy spieszą się na ważny mecz baseball'u zmuszona jest zatrzymać się w lesie nieopodal drogi. Niedaleko znajduję się miasto, które skrywa straszliwą tajemnicę. Kiedyś dawno, dawno temu było sobie małżeństwo lekarza i artystki. I jak prawie w każdym małżeństwie i temu urodziły się dzieci. Na świat przyszło dwoje chłopców – dokładnie w tym samym momencie - bracia syjamscy. Ojciec był lekarzem więc podjął się operacji w wyniku której jeden z braci praktycznie stracił połowę twarzy, a że jego matka była artystką wykonała mu maskę. Chociaż w filmie nie pojawiają się żadne demony, duchy, wampiry lub wilkołaki to sama groza występuję. Tu znów mamy do czynienia tak z częstym wśród horrorów motywem złamanego dzieciństwa. Jak to jest urodzić się w rodzinie, w której przywiązują ciebie do dziecinnego krzesełka pasami, krzyczą i szarpią. Takie dzieciństwo musi pozostawić ślady nie tylko na dłoniach, ale na samej duszy. Efektem tych metod wychowawczych jest para morderców, którzy swoje ofiary zalewają gorącym woskiem. W konsekwencji całe miasto zostaje zmienione przez nich w prawdziwy gabinet figur woskowych. Film zebrał rozmaite recenzję, zwykle były one nie najlepsze. Gra aktorska nie jest najwyższych lotów, sam scenariusz zresztą też, ale film mimo wszystko może budzić przerażenie. I w końcu film „Głosy”. To już prawdziwy horror z duchami i złymi demonami, które podszeptują najgorsze. Bohaterem jest wzięty architekt, który traci w wypadku samochodowym żonę. Jest zrozpaczony. Zaraz po tym zdarzeniu spotyka starszego mężczyznę, który ofiarowuje mu swoją pomoc – twierdzi bowiem, że umarła kontaktowała się z nim z innego wymiaru. Architekt z początku sceptycznie, a wręcz wrogo nastawiony do takiej propozycji zmienia zdanie zaraz po tym jak odbiera telefon od... zmarłej dopiero co własnej żony. Po tym wydarzeniu wszystko zaczyna toczyć się już bardzo szybko. Mamy do czynienia z motywem EVP, czyli komunikacji między wymiarami, która wykorzystuję nowoczesne techniki archiwizowania dźwięku i obrazu, jak magnetofon i video. I tam nasz główny bohater słyszy owe głosy, które raz pochodzą od jego własnej żony, która ostrzega go przed niebezpieczeństwami, ale też słyszy głosy zła. „Głosy” to prawdziwy horror. Tu nie ma morza krwi, ale jest paniczny lęk i groza wyzierająca przez nowoczesną technologię, przenikająca wszystkimi możliwymi lukami omijając logikę jej działania.

poniedziałek, października 03, 2005

Straszna Zjawa?

< Pamiętam to z dzieciństwa. Ścieżka w lesie, która prowadziła na kamping prowadzony przez mojego dziadka. Zawsze kiedy tamtędy przechodziłem czułem dziwny lęk, że ktoś za mną idzie. Może przyczyną tego były opowieści mojej siostry, która wielokrotnie opowiadała mi o duchach, wampirach i dziwnych ludach i najczęściej miejscem akcji tych opowieści była ta ścieżka w lesie. Las ten rozciągał się kawałek drogi od stacji kolejowej Rawka niedaleko Skierniewic. Kiedyś będąc już na owym kampingu widziałem najprawdziwszego ducha. Stojąc na niewielkim wzgórzu, o ile teraz pamięć mnie nie myli był już późny wieczór. Nie byłem wtedy sam – obok stał mój kolega. Miałem wtedy może pięć, a może sześć lat. Staliśmy tak i o czymś rozmawialiśmy. Wtem mój przyjaciel krzyknął. Wystraszyłem się już samego jego krzyku: patrz, patrz, tam, tam, widzisz? Spojrzałem i aż zrobiło mi się zimno. Obok niedużego domku stała dziwna biała postać, która jakby unosiła się nad ziemią. Nigdy już nie dowiedziałem się, czy ktoś po prostu bawił się w ducha, czy było to złudzenie wywołane dziecięcą fantazją, czy też prawdziwa zjawa. To teraz jest już nieważne. Ważne jest zupełnie coś innego. Przeżycie te chociaż miało miejsce już tak dawno na zawsze utkwiło mi w pamięci, jako jedno z najwcześniejszych przeżyć mojego dzieciństwa, a strach, który wtedy czułem do dziś mrozi mi krew. < Dziwna biała zjawa na turystycznym kampingu. Ciekaw jestem czy nadal istnieje tam ta ścieżka i czy jest jeszcze kamping, który był prowadzony przez mojego dziadka. Kto chce może to sprawdzić, należy wysiąść na stacji Rawka – to niewielka miejscowość przed samymi Skierniewicami jadąc pociągiem od strony Warszawy. Może to przeżycie spowodowało moje dość późne zainteresowanie się horrorem? Nie wiem. Czasem przychodzą mi do głowy dziwne wspomnienia lub sny, których doświadczyłem w dzieciństwie. Usłyszane słuchowiska radiowe... ach czy jeszcze ktoś pamięta słuchowisko na trójce „Teatrzyk zielone Oko? Zawsze zaczynało się najpierw cichutkim skrzypieniem drzwi, które niedługą chwilę potem przeradzało się w przeraźliwy skowyt.

czwartek, września 08, 2005

Mroczne wody płodowe

Matka i dziecko. Dwa słowa, a ile skojarzeń: miłość, matczyna troska, beztroski świat dzieciństwa. Powinno być jak w raju... Ale czy zawsze tak jest? Czy zawsze matka kocha swoje dziecko? I co się dzieje wtedy kiedy zostaje ono przez nią opuszczone? Według historii pokazanej w Dark Water - Fatum nie koniecznie jedyną tego konsekwencją musi być choroba sieroca. Reżyser Walter Salles pokazał, że może być o wiele, wiele gorzej - na dziecku, którego zostawiła matka zaciążyć może prawdziwe fatum, które zostaje z nim na wieczność... Dark Water pokazuję co się dzieje wtedy kiedy wszystko pozostaje zasłoniete wieczną tajemnicą. Nie wiemy wówczas, czy to co się w okól nas zaczyna dziać dzieje się naprawdę, czy jesteśmy uczesnikami sennego koszmaru? Film przedstawia historię matki, która wraz z 5-letnią córeczką postanawia wynająć mieszkanie w mrocznej dzielnicy Roosvelt Island w Nowym Yorku. Jest kobietą po „przejściach” nie tylko zresztą z mężem, z którym jest w trakcie sprawy rozwodowej. Nie miała łatwego dzieciństwa... Wszędzie widzimy wodę. Na początku jest jej nie dużo, jedynie mały zaciek na suficie potem jest już coraz więcej. Jest mroczna, ciemna i zapewne roznosząca za sobą smród. Woda jest symblem tego, co niezróżnicowane i co wirtualne. Jest wyjściem, początkiem, ale i końcem, może symblizować wieczną regresję. Słyszymy głosy, kroki i sączącą się do ucha nienawiść. Opuszczenie pozostawia po sobie ślady, nie tylko w postaci migreny, na którą cierpi główna bohaterka. Ciemne, długie korytarze i wyspa na której znalazła się matka 5-letniej Ceci. Roosvelt Island przypomina prawdziwe Metropolis. Wydawałoby się bezduszne rzędy ciemnych bloków skrywają w sobie tajemnice jeszcze jednego opuszczenia. I te dżwięki, dżwieki roznoszące się podczas przejazdu na wyspę, podczas jazdy windą i wtedy kiedy matka małej dziewczynki próbuje połozyć się spać. I tylko ogladając ten fim można zadać sobie pytanie, czy mamy tu do czynienia z szaleństwem, czy też bierzemy udział w prawdziwej tragedii? Ale czy tak naprawdę ma to znaczenie: granica jest płynna, a szaleństwo jest owocem opuszczenia.

poniedziałek, sierpnia 29, 2005

Kto się boi strachów?

Młody polski dziennikarz Zygmunt Miłoszewski napisał horror (ktoś nareszcie się w Polsce na to odważył) i to horror, którego akcja nie dzieje się w starym opuszczonym angielskim dworku, ale w bloku na warszawskim Bródnie. Zwykły blok – czy ktoś wcześniej miałby odwagę wykorzystać jego scenerię do stworzenia powieści grozy? Pamiętam, jak dziś kiedy rozmawiałem ze swoim przyjacielem na ten temat i kiedy zadałem mu pytanie czy wyobraża sobie horror, który dzieje się w Polsce i to jeszcze w którymś warszawskich blokowisk wówczas mój przyjaciel wybuchnął głośnym śmiechem. Nie tylko nie wyobrażał sobie, żeby jakakolwiek powieść grozy mogła rozgrywać się w Polsce, nie mówiąc już o historii dziejącej się w blokowisku. A jednak Miłoszewskiemu to się udało w powiesci "Domofon". W powieści mamy do czynienia nie tylko z paradą wyraziście zarysowanych postaci, która każda z osobna stanowi przerażający wszechświat, ale też z niesamowitym klimatem bródnowskiego bloku. Jest oczywiście też przerażająca historia bez której nie byłoby całej grozy. A do tego wszystko zostało umieszczone w klimacie współczesnej Polski, a zatem mamy i młode małżeństwo, które przyjeżdżając do Warszawy z prowincjonalnego Olecka marzy o zrobieniu wielkiej kariery. Mamy też specjalistę od psychologii marketingu dla którego życie sprowadza się do zarabiania pieniędzy i do zaspakajania przyjemności. Mamy też do czynienia z małżeństwem w średnim wieku i ich synem, z którym trwają w silnym konflikcie. W historii pojawia się też starsza pani – prawdziwie rozdygotana dewotka opiekująca się swoją mocno już schorowaną matką. Miłoszewski dokonał rzeczy niebywałej nie tylko umiał wykorzystać scenerię blokowiska, ale też potrafił z wielką precyzją charakterystyczną dla powieści znanemu wszystkim miłośnikom horroru Stephana Kinga odtworzyć scenerię polskiego społeczeństwa. I nie tylko nie mamy tu do czynienia ze starym dworkiem ale też rzadko pojawia się prawdziwy duch, chociaż trzeba przyznać, że i z nim możemy mieć do czynienia. To co przeraża to lęki samych bohaterów – mroczne zakątki ich duszy: kompleksy, rozwiane nadzieje, aspiracje lub brak aspiracji; w końcu mroczna historia sprzed wojny pokazująca polskie przesądy. To wszystko jest prawdziwie przerażające, a nie duchy, ktore chcociaż istnieją to niejako obok tak jakby w bloku na warszawskim Bródnie nie byłoby dla nich już miejsca.

Dlaczego założyłem tego bloga?

Założyłem tego bloga z myślą o własnej ekspresji. Zamierzam tu publikować nie tylko własne, ale wszystkie odnalezione – oczywiście nie tylko w gęstwinie sieci - ciekawe próby twórczości związane z obszarem horroru i grozy. Starać się też będę komentować i pisać na temat przeczytanych książek, obejrzanych filmów, a też przedstawiać prawdziwe historie świadków, szczególnie te związane z nawiedzonymi domami. Od razu przyznaje się wszem i wobec, że niewiele jeszcze w tej dziedzinie wiem, a zatem wszelkie komentarze, uwagi, krytyka i sugestie są mile widziane. Będę pisanie tego bloga traktował, jako swoistą wyprawę badawczą na nieziemsko straszne obszary grozy i strachu, aby wydobyć na światło dzienne wszystkie możliwe lęki i zahamowania. Bo kto z nas ich nie ma? A horror nie tylko ma to na celu aby je nam przybliżyć, ile według Stephana Kinga jest rodzajem prawdziwego katharsis, przekroczeniem prawdziwego zła tak aby móc poznać jego granice i powrócić na łono dobra.