niedziela, czerwca 14, 2015

Wim Wenders - Miejsca





czy to nie jest to owe podejście badawcze, które czasem określa się, jako psychogeografia?
„Schauplatze” – miejsce patrzenia. Jakże trafne jest to niemieckie określenie! Angielskie „locations” nie może się z nim równać. Miejsca, które skłaniają nas do patrzenia lub które na patrzenie się wystawiają. Schau-biznes, w którym są niezbędne, traktuje się po macoszemu.

Miejsce w oka mgnieniu staje się bowiem najbardziej biernym ogniwem pracy filmowej, zaledwie tłem dla wydarzeń. Jestem przeciwny takiemu widzeniu oraz tego rodzaju „podejściu” (w dosłownym tego słowa znaczeniu). Chciałbym zapewnić Shauplatzen – miejscom patrzenia – więcej estymy i uwagi.
Pozwolę sobie na małą dygresję, żeby objaśnić dokąd zmierzam i skąd bierze się moje myślenie. Wierzę, że niektórym spośród Państwa część moich odczuć wyda się znajoma.
Dużo podróżuję. Na tyle dużo, że czasami przychodzi mi na myśl, że jest to  mój pierwszy zawód: podróżnik. Na marginesie: „story-wojażer” nie byłoby najgorszym określeniem kogoś kto robi  filmy podróżując…

Odkrywam nowe miejsca. Wracam do tych, których od lat nie widziałem. Chodzę i krążę, próbując zgubić drogę. Widzę miasta, ulice, domy. Patrzę, jak ludzie idą do pracy, jak dzieci wracają ze szkoły lub się bawią… osiedla, szeregowe domy, wolnostojące budynki, oświetlone lub lśniące na niebiesko od telewizorów okna, w których przesuwają się cienie… Czasem z któregoś z okien wychyla się kobieta, głośno wołając imię, a głos dziecka odpowiada gdzieś z dołu: „Już idę!”.

Nie potrafię inaczej, chcę wiedzieć o danym miejscu wszystko, co tylko można: jak się w nim żyje, jak zmieniają się pory roku, jakie zapachy unoszą się w powietrzu, jak światło układa się na przedmiotach, co na co dzień robią tutaj ludzie, jakie przyjemności, a jakie zmartwienia.

Bywa, że jest to miejsce nie zamieszkane – na przykład pustynia. Myślę o nomadach, którzy ją przemierzali lub którzy kiedyś na nią przywędrują. Wyobrażam sobie odkrywcę, który po raz pierwszy objął te wzgórza wzrokiem – ten konkretny płaskowyż, te skały, to jezioro! Tego, który narysował pierwszą mapę tego miejsca.

W ogóle mapy! Czy istnieje bardziej ekscytujące i inspirujące zajęcie niż studiowanie map rejonów, których się jeszcze nie przemierzyło? Te obce nazwy miejscowości! Jakież to miasto zwie się ”Corpus Christi”? Jak odległa musi być „Oodnadatta”! Kto mieszka w „Machtlos”? Jak wygląda góra o nazwie „Lizzard Rock”? Czym są „Sawtooth Mountains”? Pustynia „Devil’s Playground”? „The Craters of the Moon” „Siedmiogórze”! jezioro “Silbersee”!Miasto “Truth of Consequences”! Santa Cruz! Mondevideo! Ziemia Ognista!

Miejsca mają dla mnie nieodpartą moc przyciągania. Są niewyczerpanym źródłem natchnienia, a ich duch stanowi najlepszy punkt wyjścia dla filmu. Dzięki nim przedstawiona historia „wie”, gdzie ma swoje źródło. Od późnych lat 70. do połowy 80. ubiegłego wieku – blisko osiem lat – mieszkałem w USA, w San Francisco, w Los Angeles, w Nowym Yorku. Potem ciągnęło mnie „z powrotem do Europy” (patrząc z perspektywy Ameryki, mimowolnie tak właśnie myślałem i mówiłem).

Dokąd? Do Niemiec? Długo zwlekałem z decyzją, być może wybrałbym inny kraj, gdyby nie było Berlina. Nigdy w nim nie mieszkałem, opłacałem tam tylko biuro.

Całymi miesiącami krążyłem po mieście, wpatrując się w domy, ulice i place. Z otwartymi ustami wsłuchiwałem się we własny język, niemiecką mowę, jakbym ją słyszał po raz pierwszy. Jak obcy odkrywałem na nowo „własną ojczyznę”. chciałem się jak najwięcej dowiedzieć o ludziach, o ich przeszłości i przyszłości, ich sekretnych myślach. To miasto przepełniało ciekawością, zagrzewało mnie i pędziło przed siebie: tak, chciałem opowiedzieć jego historię, na tyle, ni ile to było możliwe!

Wim Wenders


czwartek, maja 28, 2015

Domysły




[---- bez zdjęcia-----]

Odwaga może przemienić się w zachłanność albo być jej skutkiem. Gdy już raz dopuścimy do siebie chciwość przestajemy widzieć otaczającą nas rzeczywistość. 

Tylko chcemy i chcemy coraz więcej.

Stajemy się podobni do narkomana, który podąża tylko za swoim towarem. Aż w końcu potykamy się, upadamy, czujemy ból uderzenia, odnosimy porażkę.

A przecież tak chcieliśmy, tak mocno chcieliśmy tej słodyczy, najsłodszej, przez nas pożądanej, upragnionej, chcieliśmy wciąż więcej i więcej.

Piszę o tym wszystkim, tak jakbym pisał o gatunku ludzkim, ludziach w ogólności. Ale pisze, tak naprawdę to na swój temat. Robię to po to aby się zdystansować, uspokoić, móc powiedzieć o sobie, że jestem taki, jak wszyscy i dlatego nie jestem wcale taki zły, niedobry, bo nie tylko ja jestem taki chciwy, popędliwy, jak zwierzę. Inni ludzie też są tacy. Takie ujęcie sprawy niezwykle pomaga, buduje samozadowolenie.

sobota, czerwca 21, 2014

Oto znów kolejny koszmar






Oto znów… Znów śnił mi się koszmar. Jakby wciąż ten sam, który śnił mi się wcześniej i jeszcze wcześniej. Może zmienia się w nim tylko scenografia, ale uczucia przerażenia, które w nim doświadczam są wciąż takie same. Elementem wspólnym, scalającym jest ciemna postać, która czai się za zasłonami. 

Nie pamiętam dokładnie kto, ale ktoś prowadzi mnie do pokoju i wskazuje palcem. W pokoju jest zmierzch, zasłona lekko powiewa unoszona wiatrem. A za zasłoną widzę cień, jakby nieruchomy, ale wiem, że tam ktoś jest, ktoś czai się i czeka na mnie. Budzę się wręcz zdyszany od krzyku.


wtorek, maja 20, 2014

Doświadczenie wewnętrzne




Chcecie ekstazy? To jest ekstaza!

George Battaille


Przez doświadczenie wewnętrzne rozumiem to, co zwykle nazywamy doświadczeniem mistycznym: stany ekstazy, uniesienia, lub przynajmniej emocji poddanej namysłowi. Nie tyle mam na myśli doświadczenie religijne, do którego byliśmy dotąd przyzwyczajeni, co doświadczenie nagie, wolne od rudymentarnych choćby związków z jakąkolwiek religią. Dlatego właśnie nie lubię słowa mistyczne. (…) doświadczenie wewnętrzne odpowiada konieczności (…) ustawicznego podawania wszystkiego w wątpliwość…ten, kto już wie, nie może wykroczyć poza znany sobie horyzont. Chciałem aby doświadczenie wiodło tam, dokąd prowadzi, nie (…) do jakiegoś z góry wyznaczonego celu…nie prowadzi ono do żadnej przystani (lecz do miejsca zagubienia i braku sensu) (…) aby jego zasadą była nie-wiedza.

George Bataille

niedziela, kwietnia 27, 2014

Telewizor pełen duchów








Śnił mi się sen. Kolejny. Kolejny, który jeszcze w miarę pamiętam i który wywołał wstrząs. A może nie tyle wstrząs, ile dojmujące poczucie, że to, co wydaje nam się jedynie oczywiste wcale takie nie musi być.

Byłem małym, kilkuletnim chłopcem. Widziałem siebie, jak siedzę sam w opuszczonym, dość dużym pokoju. Pokój ten przypominał mieszkanie moich rodziców. Oglądałem telewizje, na takim starodawnym telewizorze. Telewizor miał wygląd telewizorów z lat 50-tych, czarno-biały, w drewnianym pudełku, z niedużym ekranem.

Siedziałem na podłodze, tak, jak zwykle robią to dzieci kiedy oglądają telewizję. Oglądałem film, w którym występowały postaci z czasów XIX wieku. Akcja działa się w zamku lub dużym domu. Co jakiś czas do domu przyjeżdżał ktoś nowy. W pewnej chwili nabrałem pewności, że to nie jest żaden film, ale, że widzę świat duchów. Że wszyscy w tym „filmie” to nie żadni aktorzy tylko zmarli.

W pewnym momencie wszyscy zebrani w owym domu zebrali się w dużej sali, w której na środku stał na drewnianym podeście wysoki metalowy pojemnik. Z jego szczelin wydobywała się biała para. Nikt tego nie powiedział wprost, ale ja „wiedziałem”, że oto duchy zajmują się przygotowywaniem eliksiru nieśmiertelności.

Tym razem nie obudziłem się z krzykiem zlany zimnym potem, ale powoli, bardzo powoli zacząłem się wybudzać. I w trakcie tego wybudzania nabrałem dziwnego przekonania, że ten świat – świat duchów naprawdę istnieje, że stanowi swoistą, zupełnie „autonomiczną” rzeczywistość. Nie koniecznie musi to oznaczać, że istnieje życie po śmierci, ale, że nasza wyobraźnia, czasem ma dostęp, a generalnie potrzebuje tego dostępu do zupełnie innej, „duchowej” rzeczywistości. To tu mogą tkwić źródła religii, a nie jak chciał tego Emil Durkheim, że religia jest jedynie fantomem, które tworzy społeczeństwo aby się zorganizować.

wtorek, kwietnia 15, 2014

W pogonii za wzorcem




Znów miewam koszmary. W czasie snu. Budzę się przerażony i zasypiam, ale zaraz potem ponownie śni mi się koszmar, jeszcze bardziej przerażający, jeszcze bardziej obrzydliwy.

Moje ciało w zaniku. Ale też mózg zaczyna zwalniać.

Przyszło mi ostatnio na myśl, że człowiek starzejąc się kostnieje, ale nie tylko cieleśnie, ale również i duchowo. Tak jakby jego życie polegałoby na do prowadzeniu wzorca, z którym zapoznał się w okresie dzieciństwa do perfekcji. Dlatego tak trudno, albo na pewno coraz trudniej rozmawia mi się z różnymi znajomymi, przyjaciółmi. Po prostu każde z nas oddala się coraz bardziej podążając w kierunku swoich wzorców.

poniedziałek, marca 24, 2014

Czym jest oryginalność?


Nic nie jest oryginalne. Kradnij ze wszystkiego, co wpływa na twoją inspirację lub napędza twoją wyobraźnię. Wchłaniaj stare filmy, nowe filmy, muzykę, książki, obrazy, fotografie, wiersze, sny, przypadkowe rozmowy, architekturę, mosty, znaki drogowe, drzewa, chmury, zbiorniki wodne, światło i cienie. Wybieraj tylko te rzeczy, z których masz kraść, które przemawiają bezpośrednio do twojej duszy. Jeśli tak zrobisz, twoje prace – i kradzieże – będą autentyczne. Autentyczność jest bezcenna; oryginalność nie istnieje. I nie zawracaj sobie głowy ukrywaniem swojego złodziejstwa – obnoś się z nim, jeśli masz na to ochotę. W każdym razie zawsze pamiętaj, co powiedział Jean-Luc Godard: „Nie chodzi o to, co skądś zabierasz – chodzi o to, gdzie zabierasz.”

Jim Jarmush

piątek, listopada 29, 2013

piątek, sierpnia 23, 2013

Obserwacje starzejącego się człowieka



*** tym razem bez obrazka

Czy ma rozbiegane oczy? Nie. Jego oczy są nie tyle pełne cierpienia, czy smutku, ile ciągłego wyczekiwania, czasem może nawet zniecierpliwienia. Ale za to jego ręce - jego ręce wpijają się mocno w ciało tak, jakby nadal chciały przestawiać, kierować, czuć w nich niezgodę na utratę kontroli, na to, że to nie on już może rządzić, może decydować co dobre, a co złe, co czarne, a co białe, co przyjemne (to było odczucie pokazywane przez niego dość rzadko lub nawet wcale), a co obrzydliwe.

Sam ze sobą nie może dojść teraz do porozumienia, czy ma uznać siebie, za chorego, obślizgłego padalca, skazanego na potępienie i niebyt milczenia, czy też ma się otworzyć na to jakże nowe i obce dla niego doświadczenie. To jest najbardziej dotkliwe i męczące dla niego samego, jak i dla wszystkich innych, którzy z nim rozmawiają, opiekują, starają mu się pomóc, zmieniają mu pieluchy, czyszczą pupę z gówna wypływającego, jak strumień lawy.

I ten zapach unoszący się w małym szczelnie zamkniętym pokoju, bo inaczej będzie marzł i się trząsł, jak małe dziecko, które za długo siedziało w chłodnym jeziorze.

poniedziałek, sierpnia 12, 2013

Notatki o umieraniu



Czym jest umieranie? Nie śmierć, ale właśnie umieranie. Śmierć może nastąpić szybko, znienacka lub być bolesnym lub sprawiającym ulgę końcem umierania. Umierać można duchowo (depresja) albo fizycznie albo tak i tak jednocześnie.

Umieranie fizyczne to powolne opadanie z sił i odłączanie się poszczególnych organów od całości systemu, jakim jest ludzkie ciało. Powoli wręcz w sposób czasem niezauważalny, ale jednocześnie nieubłagany i dotkliwy. Wątroba, żołądek, organy związane z przemianą materii, a w końcu nawet i mózg po kolei odmawiają posłuszeństwa.

Człowiek już nie ma parcia na pęcherz, dostaje permanentnego zatwardzenia albo odwrotnie – wciąż i wciąż popuszcza nie mogąc już kontrolować wydawania moczu albo, co równie wstrząsające, dostaje niekończącego się rozwolnienia. Staje się w ten sposób czystą, gołą fizycznością. Brak mu sił aby wszystko, co związane jest z jego cielesnością ogarnąć i w odpowiednim momencie rozpoznać. Potrzebuje opieki chociaż często jest to dla niego bolesne, a wręcz nie do przyjęcia i zaakceptowania.

Zwłaszcza człowiek, któremu się zdawało, że wszystko może mieć pod kontrolą – wszystko i wszystkich.

środa, sierpnia 07, 2013

Przyłączenie się do migracji


Szykuję się do wyprawy. Tak wewnętrznie się szykuję. Muszę jechać. To wiem.

Tylko nie wiem gdzie jeszcze pojadę. Pociąga mnie rozpalone południe aby móc wygrzewać się na plaży i chłodzić w cieniu drzew. A może będzie tam wiał wiatr, którego tak lubię nad morzem?

Nie wiem jeszcze, czy wyjadę. Wiele spraw może pojawić się i zagmatwać ten mój pomysł, ale muszę jechać. Wewnętrznie czuję taką potrzebę, wręcz parcie.

Mam obawy, pewnie, że mam, ale zawsze je miałem gdy stawałem przed wyzwaniem i zmianą.