środa, maja 16, 2018

Fascynacje Don Delillo



 
Sprawy omawiane przez Delillo to: terroryzm, masy, masy ludzi, może też w końcu - jak chcą niektórzy recenzenci - samotność, świat, jako taki, świat ludzki, globalizacja, lęki, kompleksy, rozpad więzi społecznych, ach jak to patetycznie brzmi, może trudności w zawiązywaniu i utrzymywaniu relacji, klisze, w znaczeniu stereotypy, zabytki, obrazy, sztuka i fotografia, łapanie pozorów, prawdziwa gra pozorów, ucieczka przed rzeczywistością, ale czym jest rzeczywistość - czy to jedno z pytań, które sobie Delilo zadaje? Nie wiem.

Jego książki pociągają mnie może dlatego, że podobne są według mnie, do raportów z socjologicznych badań. I jeszcze z tego powodu, że używa tak plastycznego języka, z uderzających opisów miejsc, sytuacji, uderzających prosto w trzewia. Czytanie bowiem jego książek to, jak patrzenie na doskonały obraz, który zawiera bardzo wiele drobnych szczegółów. Boskie, po prostu boskie, prawdziwa uczta dla czytelnika. Może jest to prawdą, że czasem niektóre jego opisy wydają się być przydługie, męczące, nie powiązane z niczym, a przede wszystkim między sobą, ale nie jest to już tak ważne, jak potrafi się uchwycić się tą unikalną atmosferę, ten klimat jego powieści i się nią rozkoszować.

Poniżej cytuję Delillo, fragmenty jego powieści "Nazwy"

Bez większego trudu dotarłem na granicę starego miasta. Z ulicznego hałasu motocykli i autobusów ku głosom z podłużnego bazaru. Ulica się zwęziła, gdy przechodziłem przez Bramę Lahorską, budowlę z cegły z przypominającymi wieże fortyfikacjami po obu stronach.

Gdy znalazłem się w środku, doznałem wrażeń, a to co innego niż widzenie rzeczy. Uświadomiłem sobie, że idę za szybko, w tempie wypełnionych samochodami ulic, które przed chwilą opuściłem. Miałem wrażenie zwężeń i cieni, brązu, drewna i cegły, twardej ziemi na ulicach. Powietrze było wielosetletnie, martwe, ciężkie i zjełczałe. Miałem wrażenie surowości i stłoczenia, ludzi w wąskiej przestrzeni, mężczyzn w kilkunastu rodzajach ubioru, płynących kobiet, kobiet w sięgających ziemi haftowanych białych zasłonach, szczelina z siatki na wysokości oczu, heksagonalna, by miały widok na pokratkowany świat, sześcioboczna klatka, dostosowywała się do każdego ich kroku, każdego ruchu oczu. Osły dźwigające cegły, dzieci przykucnięte nad otwartymi ściekami. Zerknąłem na swoje wskazówki, skręciłem niepewnie w bok. Przedmioty z miedzi i mosiądzu. Łatacz ołowiu pracujący w cieniu. To była funkcja liniowa starych miast, utrzymać niezmienioną formę,sprawić, żeby czas zawisł razem z wyrobami rymarskimi i motkami wełny. Praca rękodzielnicza, zjełczałe wonie i choroby, czterechsetletnie twarze. Były konie, owce, osły, krowy i woły. Miałem wrażenie, że jestem śledzony.

Znaki w urdu, głosy wołające nad moją głową z drewnianych balkonów. Włóczyłem się przez półgodziny, zbyt wchłonięty przez środek, żeby szukać punktów orientacyjnych, minaretów i kopół Badszahi, wielkiego meczetu na północno-zachodnich obrzeżach. bez mapy nie mogłem nawet nikogo zatrzymać, żeby ustalić przynajmniej przybliżony kierunek. Zagłębiłem się w labirynt zaułków na tyłach sklepików i straganów. Intensywnie świadomy. Amerykanin. Udzielając samemu sobie rad i wskazówek. Kobieta wciskała krowie łajno do okragłych miseczek, żeby wyschło na niskim murku.
 /Don Delillo, Nazwy, Noir Sur Blanc, Warszawa 2012, strona 312/

środa, października 25, 2017

Umysł Nie-umysł


Osho - Jak powstrzymać myślenie




wtorek, kwietnia 18, 2017

rutyna anty-rutyna




szkoda już gadać bo o czym można tak gadać
czy umiem zauważyć zabawną postać w autobusie
wczoraj widziałem zanurzonego w notatkach
matematyka który wraca razem ze mną każdego dnia
autobusem późnym wieczorem do domu

widziałem rozmarzoną dziewczynę która czyta już tak poszarpaną książkę
że wypadają kartki
pana który chodzi to w jedno miejsce to w drugie
zapala papierosa i
też jak ja czeka na przystanku
aż w końcu podchodzi do mnie i pyta
przepraszam, czy to Pan Romuald?

para pijaków jak zawstydzeni kochankowie
dyskutują i przechodzą blisko mnie tak szybko i zwinnie
że dopiero potem uświadamiam sobie że byli pijani

szkoda gadać bo o czym można tak gadać
czy umiem wyjść na ulicę i poczuć zapach czegoś ulotnego
ale jakże nowego
czy umiem zabawić dziecko na ulicy
biec przed siebie nie wiadomo po co i w jakim kierunku

szkoda gadać bo o czym można tak gadać
ale czuje głód rozmowy
taki bolesny



czwartek, lutego 23, 2017

Smutek tropików




kolejny dzień, jak spadające słońce w krainie bezbożników i złodziei
gdzie podziały się te wszystkie jasne twarze i tabliczki z afirmacjami
lektura bloga na temat technik pisania

słońca już nie ma są tylko kałuże snujące się jak rozlewiska Missisipi
chodniki otoczone psim łajnem stają się wyzwaniem dla sprawności mojego ciała

kolejny dzień, w którym nadzieja wychodzi nad bladym świtem i nie chcę powrócić
drobne sprawunki, droga tam i z powrotem
do osiedlowego sklepu

co się zmieniło, gdzie podziałem swój warsztat tkacza z tych młodzieńczych lat
przeczytane książki jedna za drugą spadają obok łóżka

kolejny dzień, w którym wyczekuję na wzrost cen dolara
i otwarcie banków, a tak pozostają mi tanie jadłodajnie
przechodząc obok luksusowych butików wpadam na dwa piwa do osiedlowej knajpy

w nocy snujące się mary i zimne dreszcze
dopełniają egzotyki mojego, jakże zabawnego tańca na linie
chybocze się to na jedną to na drugą stronę

kolejny dzień, w którym wyciągam aparat i robię zdjęcie przystanka autobusowego
słońce nie chce się ukazać i widać tylko plamy kałuż na jezdni
a tak wszystko spowija szara mgła

wtorek, lutego 21, 2017

Rycerz pucharów





Syroliozum - nazwa organizacji okultystycznej w Paryżu - takie zdanie przyszło mi do głowy podczas oglądania filmu "Rycerz Pucharów".

Główny bohater filmu ma na imię Rick.





 A potem już tylko zapisywałem te zdania, które usłyszałem w filmie:

"nie istnieją zasady tylko okoliczności"
"kochaj i rób, co chcesz"
"świat to szambo, trzeba nad nim przelecieć"
"byłeś kiedyś na imprezce ketaminowej..."

czwartek, listopada 24, 2016

Kto włada komunikacją, kontroluje kraj - kolejny raz cytuję Burrougsa




„W historii najpotężniejszą bronią zawsze były nowe formy świadomości. Nowy świat to tylko nowy umysł”. Dlatego transformacja indywidualności ma w sobie wywrotowy potencjał. Za najważniejszą procedurę rewolucyjną uznawał Burroughs poszukiwanie technik odwarunkowania. Usunięcie automatycznych reakcji nabytych w procesie socjalizacji i odreagowanie całej kulturowej przeszłości. Oto cele prawdziwej rewolty, która może doprowadzić do zmiany świadomości, jeśli posłuży się nowymi mediami. Masowa perswazja to obecnie najważniejsza gałąź techniki: „Kto włada komunikacją, kontroluje kraj”. Jej technologie mogą jednak posłużyć wyzwolicielskiemu przeprogramowaniu. Media są dostępne każdemu. Z definicji nie podlegają kontroli. Bywają formą dominacji tylko wtedy, gdy tworzą monopol. Rewolucjonista staje się nomadycznym partyzantem, ale nade wszystko technikiem na froncie nieustającej wojny informacyjnej. Nie może obalić rządu, może zakłócić komunikację i wywołać chaos.




Rafał Księżyk, 23 cięcia dla Williama S. Borroughsa, str. 25









poniedziałek, września 19, 2016

Codzienność nie istnieje






Wszystkie podróże są etnograficzne. Własne miasto, jeśli przestudiujecie je z cierpliwością, ciekawością i metodycznością, z jakim najwnikliwsze umysły prowadzą badania nad wybranym dzikim plemieniem, sprawi wam wiele niespodzianek. Codzienność nie istnieje. Zwyczajność nie istnieje. Sądzicie, że znacie swój pokój? Okaże się, że nawet nie wiecie, skąd pochodzą meble ani kto płaci czynsz.

Nicholas Bouvier „Pustka i pełnia. Zapiski z Japonii 1964-1970” przeł. Krystyna Arustowicz, wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 2014, s. 295

Płynięcie z prądem






Nie przejmujcie się
Podążajcie z prądem
Jeśli wasze myśli są skrepowane
Tracą świeżość

piątek, stycznia 22, 2016

Władza nie ma granic


Wojeryzm, voyeuryzm, dawniej podglądactwo, oglądactwo – rodzaj parafilii

niedziela, listopada 29, 2015

Witkacy - wizjoner naszych czasów




Na takie znalezisko trafiłem serfując po sieci, o!

Prof. Sokół: nie słuchamy ostrzeżeń Witkacego

- Lekceważymy Witkacego, traktujemy go zbyt lekko, na jego ostrzeżenia o nadciągającej katastrofie odpowiadamy "uśmiechem kretyna" - uważa witkacolog, prof. Lech Sokół. 24 lutego mija 130 lat od urodzin autora "Szewców" i "Nienasycenia".

PAP: Na wrześniowej sesji naukowej w Słupsku zatytułowanej "Witkacy. Co jeszcze jest do odkrycia?" przedstawił Pan referat "Witkacy i świat nowoczesny". Jaki jest stosunek Witkacego do nowoczesności?
Prof. Lech Sokół: Dla Witkacego "nowoczesność", zapoczątkowana rewolucją francuską, to epoka demontażu dawnej kultury opartej na racjonalizmie greckim, prawie rzymskim, spirytualizmie żydowskim i chrześcijaństwie. Dawny świat, gdy historię budowały silne, wybitne jednostki, odszedł na zawsze. Rewolucja francuska pokazała masom ludzkim, że siła jest po ich stronie, co doprowadziło do upadku indywidualizmu. Oznacza to także zanik artystów i filozofów godnych tego miana, a co za tym idzie upadek sztuki i filozofii. 

PAP: Witkacy nie doceniał epoki, w której przyszło mu żyć?

L.S.: Witkacy mówił: zastąpiono niesprawiedliwe ustroje demokracją, która ma niezaprzeczalne zalety, ale prowadzi także, pośrednio, do upadku kultury, sztuki i filozofii. Demokracja, to wszystko, czym się słusznie szczycimy, całe mnóstwo rozwiązań społecznych i technicznych, ma swoją cenę, której większość społeczeństwa nie zauważa. Jesteśmy w miarę bezpieczni, syci, ale gdzie jest istotna niegdyś reszta, gdzie życie bezinteresowne, gdzie wartości i metafizyka? - pyta Witkacy, który stawia sprawę jasno - coś z tym naszym wspaniałym światem nie jest do końca dobrze. Jego diagnozy są skrajnie pesymistyczne. Był katastrofistą, dostrzegającym w pozornym rozkwicie Europy początek jej końca. 

źródło: e-teatr.pl

 i jeszcze coś takiego. Jakże prawdziwe i jakże dobitne!
Nasz wiek nie jest wiekiem informacji, lecz wiekiem histerycznej dezinformacji i wielokierunkowej manipulacji'. Zdzisław Beksiński

źródło: blog agnihotra  

niedziela, czerwca 14, 2015

Wim Wenders - Miejsca





czy to nie jest to owe podejście badawcze, które czasem określa się, jako psychogeografia?
„Schauplatze” – miejsce patrzenia. Jakże trafne jest to niemieckie określenie! Angielskie „locations” nie może się z nim równać. Miejsca, które skłaniają nas do patrzenia lub które na patrzenie się wystawiają. Schau-biznes, w którym są niezbędne, traktuje się po macoszemu.

Miejsce w oka mgnieniu staje się bowiem najbardziej biernym ogniwem pracy filmowej, zaledwie tłem dla wydarzeń. Jestem przeciwny takiemu widzeniu oraz tego rodzaju „podejściu” (w dosłownym tego słowa znaczeniu). Chciałbym zapewnić Shauplatzen – miejscom patrzenia – więcej estymy i uwagi.
Pozwolę sobie na małą dygresję, żeby objaśnić dokąd zmierzam i skąd bierze się moje myślenie. Wierzę, że niektórym spośród Państwa część moich odczuć wyda się znajoma.
Dużo podróżuję. Na tyle dużo, że czasami przychodzi mi na myśl, że jest to  mój pierwszy zawód: podróżnik. Na marginesie: „story-wojażer” nie byłoby najgorszym określeniem kogoś kto robi  filmy podróżując…

Odkrywam nowe miejsca. Wracam do tych, których od lat nie widziałem. Chodzę i krążę, próbując zgubić drogę. Widzę miasta, ulice, domy. Patrzę, jak ludzie idą do pracy, jak dzieci wracają ze szkoły lub się bawią… osiedla, szeregowe domy, wolnostojące budynki, oświetlone lub lśniące na niebiesko od telewizorów okna, w których przesuwają się cienie… Czasem z któregoś z okien wychyla się kobieta, głośno wołając imię, a głos dziecka odpowiada gdzieś z dołu: „Już idę!”.

Nie potrafię inaczej, chcę wiedzieć o danym miejscu wszystko, co tylko można: jak się w nim żyje, jak zmieniają się pory roku, jakie zapachy unoszą się w powietrzu, jak światło układa się na przedmiotach, co na co dzień robią tutaj ludzie, jakie przyjemności, a jakie zmartwienia.

Bywa, że jest to miejsce nie zamieszkane – na przykład pustynia. Myślę o nomadach, którzy ją przemierzali lub którzy kiedyś na nią przywędrują. Wyobrażam sobie odkrywcę, który po raz pierwszy objął te wzgórza wzrokiem – ten konkretny płaskowyż, te skały, to jezioro! Tego, który narysował pierwszą mapę tego miejsca.

W ogóle mapy! Czy istnieje bardziej ekscytujące i inspirujące zajęcie niż studiowanie map rejonów, których się jeszcze nie przemierzyło? Te obce nazwy miejscowości! Jakież to miasto zwie się ”Corpus Christi”? Jak odległa musi być „Oodnadatta”! Kto mieszka w „Machtlos”? Jak wygląda góra o nazwie „Lizzard Rock”? Czym są „Sawtooth Mountains”? Pustynia „Devil’s Playground”? „The Craters of the Moon” „Siedmiogórze”! jezioro “Silbersee”!Miasto “Truth of Consequences”! Santa Cruz! Mondevideo! Ziemia Ognista!

Miejsca mają dla mnie nieodpartą moc przyciągania. Są niewyczerpanym źródłem natchnienia, a ich duch stanowi najlepszy punkt wyjścia dla filmu. Dzięki nim przedstawiona historia „wie”, gdzie ma swoje źródło. Od późnych lat 70. do połowy 80. ubiegłego wieku – blisko osiem lat – mieszkałem w USA, w San Francisco, w Los Angeles, w Nowym Yorku. Potem ciągnęło mnie „z powrotem do Europy” (patrząc z perspektywy Ameryki, mimowolnie tak właśnie myślałem i mówiłem).

Dokąd? Do Niemiec? Długo zwlekałem z decyzją, być może wybrałbym inny kraj, gdyby nie było Berlina. Nigdy w nim nie mieszkałem, opłacałem tam tylko biuro.

Całymi miesiącami krążyłem po mieście, wpatrując się w domy, ulice i place. Z otwartymi ustami wsłuchiwałem się we własny język, niemiecką mowę, jakbym ją słyszał po raz pierwszy. Jak obcy odkrywałem na nowo „własną ojczyznę”. chciałem się jak najwięcej dowiedzieć o ludziach, o ich przeszłości i przyszłości, ich sekretnych myślach. To miasto przepełniało ciekawością, zagrzewało mnie i pędziło przed siebie: tak, chciałem opowiedzieć jego historię, na tyle, ni ile to było możliwe!

Wim Wenders


czwartek, maja 28, 2015

Domysły




[---- bez zdjęcia-----]

Odwaga może przemienić się w zachłanność albo być jej skutkiem. Gdy już raz dopuścimy do siebie chciwość przestajemy widzieć otaczającą nas rzeczywistość. 

Tylko chcemy i chcemy coraz więcej.

Stajemy się podobni do narkomana, który podąża tylko za swoim towarem. Aż w końcu potykamy się, upadamy, czujemy ból uderzenia, odnosimy porażkę.

A przecież tak chcieliśmy, tak mocno chcieliśmy tej słodyczy, najsłodszej, przez nas pożądanej, upragnionej, chcieliśmy wciąż więcej i więcej.

Piszę o tym wszystkim, tak jakbym pisał o gatunku ludzkim, ludziach w ogólności. Ale pisze, tak naprawdę to na swój temat. Robię to po to aby się zdystansować, uspokoić, móc powiedzieć o sobie, że jestem taki, jak wszyscy i dlatego nie jestem wcale taki zły, niedobry, bo nie tylko ja jestem taki chciwy, popędliwy, jak zwierzę. Inni ludzie też są tacy. Takie ujęcie sprawy niezwykle pomaga, buduje samozadowolenie.