czy to nie jest to owe podejście badawcze, które czasem określa się, jako psychogeografia?
„Schauplatze” – miejsce patrzenia. Jakże trafne jest to
niemieckie określenie! Angielskie „locations” nie może się z nim równać.
Miejsca, które skłaniają nas do patrzenia lub które na patrzenie się
wystawiają. Schau-biznes, w którym są niezbędne, traktuje się po macoszemu.
Miejsce w oka mgnieniu staje się bowiem najbardziej biernym
ogniwem pracy filmowej, zaledwie tłem dla wydarzeń. Jestem przeciwny takiemu
widzeniu oraz tego rodzaju „podejściu” (w dosłownym tego słowa znaczeniu). Chciałbym
zapewnić Shauplatzen – miejscom patrzenia – więcej estymy i uwagi.
Pozwolę sobie na małą dygresję, żeby objaśnić dokąd zmierzam
i skąd bierze się moje myślenie. Wierzę, że niektórym spośród Państwa część
moich odczuć wyda się znajoma.
Dużo podróżuję. Na tyle dużo, że czasami przychodzi mi na
myśl, że jest to mój pierwszy zawód:
podróżnik. Na marginesie: „story-wojażer” nie byłoby najgorszym określeniem
kogoś kto robi filmy podróżując…
Odkrywam nowe miejsca. Wracam do tych, których od lat nie
widziałem. Chodzę i krążę, próbując zgubić drogę. Widzę miasta, ulice, domy.
Patrzę, jak ludzie idą do pracy, jak dzieci wracają ze szkoły lub się bawią…
osiedla, szeregowe domy, wolnostojące budynki, oświetlone lub lśniące na
niebiesko od telewizorów okna, w których przesuwają się cienie… Czasem z
któregoś z okien wychyla się kobieta, głośno wołając imię, a głos dziecka
odpowiada gdzieś z dołu: „Już idę!”.
Nie potrafię inaczej, chcę wiedzieć o danym miejscu
wszystko, co tylko można: jak się w nim żyje, jak zmieniają się pory roku,
jakie zapachy unoszą się w powietrzu, jak światło układa się na przedmiotach,
co na co dzień robią tutaj ludzie, jakie przyjemności, a jakie zmartwienia.
Bywa, że jest to miejsce nie zamieszkane – na przykład
pustynia. Myślę o nomadach, którzy ją przemierzali lub którzy kiedyś na nią
przywędrują. Wyobrażam sobie odkrywcę, który po raz pierwszy objął te wzgórza
wzrokiem – ten konkretny płaskowyż, te skały, to jezioro! Tego, który narysował
pierwszą mapę tego miejsca.
W ogóle mapy! Czy istnieje bardziej ekscytujące i
inspirujące zajęcie niż studiowanie map rejonów, których się jeszcze nie
przemierzyło? Te obce nazwy miejscowości! Jakież to miasto zwie się ”Corpus
Christi”? Jak odległa musi być „Oodnadatta”! Kto mieszka w „Machtlos”? Jak wygląda
góra o nazwie „Lizzard Rock”? Czym
są „Sawtooth Mountains”? Pustynia „Devil’s Playground”? „The Craters of the
Moon” „Siedmiogórze”! jezioro “Silbersee”!Miasto “Truth of Consequences”! Santa
Cruz! Mondevideo! Ziemia Ognista!
Miejsca mają dla mnie nieodpartą moc przyciągania. Są
niewyczerpanym źródłem natchnienia, a ich duch stanowi najlepszy punkt wyjścia
dla filmu. Dzięki nim przedstawiona historia „wie”, gdzie ma swoje źródło. Od
późnych lat 70. do połowy 80. ubiegłego wieku – blisko osiem lat – mieszkałem w
USA, w San Francisco, w Los Angeles, w Nowym Yorku. Potem ciągnęło mnie „z
powrotem do Europy” (patrząc z perspektywy Ameryki, mimowolnie tak właśnie
myślałem i mówiłem).
Dokąd? Do Niemiec? Długo zwlekałem z decyzją, być może
wybrałbym inny kraj, gdyby nie było Berlina. Nigdy w nim nie mieszkałem, opłacałem
tam tylko biuro.
Całymi miesiącami krążyłem po mieście, wpatrując się w domy,
ulice i place. Z otwartymi ustami wsłuchiwałem się we własny język, niemiecką mowę,
jakbym ją słyszał po raz pierwszy. Jak obcy odkrywałem na nowo „własną ojczyznę”.
chciałem się jak najwięcej dowiedzieć o ludziach, o ich przeszłości i
przyszłości, ich sekretnych myślach. To miasto przepełniało ciekawością,
zagrzewało mnie i pędziło przed siebie: tak, chciałem opowiedzieć jego
historię, na tyle, ni ile to było możliwe!
Wim Wenders