Na początku zauważyłem mężczyznę, jak siedział przy
stoliku obok. Chyba jeszcze nic nie zdążył zamówić, może prócz kawy. Wyglądał jakby na kogoś
czekał. Siwe włosy, okulary. Na oko wiek koło sześćdziesięciu kilku lat. Dość
dobrze ubrany, marynarka, krawat, ale nie jakoś wystawnie, czy bogato. Na
chwilę poczułem do niego sympatię. Niedługo potem pojawiła się kobieta. Jakby
nieśmiało zajęła sąsiadujące z nim miejsce. Także wyglądała na starszą. Nieśmiałe spojrzenia,
zawstydzenie, delikatność i czułość.
Gdy tylko się pojawiła mężczyzna wstał. Podał jej dłoń
i zapytał, co ma zamówić. Jakieś ciastko i kawę – powiedziała. Szybko podszedł
do lady złożyć zamówienie. Kobieta w tym czasie delikatnie poprawiała sobie
włosy, nawet specjalnie się nie rozglądała. Czekała, ale wyczuć można była
radość, taką skrywaną ekscytację. Po chwili mężczyzna wrócił z zamówieniem:
kawą i ciastkami. Zaczęli jeść. Rozmawiali. Kobieta, co jakiś czas poprawiała
sobie włosy. Wyglądało to dość zalotnie. Wyczuć można było nie tylko nić
sympatii pomiędzy tymi dwojga, ale coś zdecydowanie więcej.
Zrobiło mi się raźniej. Odczułem do tych dwojga jakąś
czułość, a może nawet byłem ciut zafascynowany ich widokiem? Czyżby miała to
być randka? Wręcz takie samo zdenerwowanie, rzucane
ukradkiem spojrzenia, zalotne mierzwienie włosów. Starszy już mężczyzna z siwizną
na skroniach i starsza kobieta. Gdyby nie to, nie widać byłoby żadnej różnicy,
bo randka to randka. Co z tego, że byli już starsi było to dla nich zupełnie nie istotne, nie ważne, wciąż dla
siebie byli młodzi i atrakcyjni.
Urocze spotkanie, któregoś tam dnia, któregoś tam roku
w którejś tam kawiarni.
Wklejam cytat z jednej z książek Mircea Eliade, który za każdym razem, jak go czytam razi mnie swoją inspiracją.
Wiele lat temu jeden z moich profesorów na
uniwersytecie w Bukareszcie miał okazję wysłuchania serii wykładów słynnego
historyka Teodora Mommsena. W owym czasie, na początku lat dziewięćdziesiątych
Mommsen był już bardzo posuniętych w latach, zachował jednak jeszcze pełnię
władz umysłowych, pamięć zaś miał zdumiewająco świeżą i dokładną. Tematem
pierwszego wykładu był opis Aten w czasach Sokratesa. Nie korzystając z
najmniejszych nawet notatek, Mommsen nakreślił na tablicy plan miasta, tak jak
wyglądał on w V wieku. Objaśniając go wskazał miejsca, w których znajdowały się
świątynie i budynki publiczne, a także termy i słynne zagajniki. Szczególne
wrażenie zrobiła jego żywa rekonstrukcja miejskiej scenerii Fajdrosa.
Cytując ustęp, w którym Sokrates na zadane przez siebie pytanie słyszy od Fajdrosa,
że Lyzjasz mieszka u Epikratesa, Mommsen wskazał przypuszczalne miejsce i
wyjaśnił, że według tekstu dom ów (wcześniej zamieszkiwał go Morychos)
sąsiadował ze świątynią Zeusa Olimpijskiego. Następnie uczony nakreślił drogę
Sokratesa i Fajdrosa brzegiem Ilissosu, po czym wskazał miejsce – ustronny zakątek
pod wysokim platanem – gdzie prawdopodobnie obaj zatrzymali się i rozpoczęli
pamiętny dialog.
Oszołomiony erudycją, znakomitą pamięcią i literacką
przenikliwością, mój profesor po wykładzie pozostał jeszcze przez chwilę w
amfiteatrze. Zobaczył wówczas, jak do Mommsena podchodzi stary służący, bierze
go łagodnie pod ramię i prowadzi ku wyjściu. Zdaniem jednego ze studentów,
który również tam się znajdował, słynny historyk sam nie umiał trafić do domu.
Największy żyjący autorytet w sprawach dotyczących Aten V wieku p.n.e. był
zupełnie zagubiony w Berlinie kajzera Wilhelma.
Trudno byłoby o lepszy wstęp do problematyki, którą
zmierzam omówić w tym artykule. W istocie, Mommsen jest świetną ilustracją sensu propozycji egzystencjalnej, która brzmi „żyjcie
we własnym świecie”. Jego światem rzeczywistym, jedynym, jaki go obchodził i
miał dlań znaczenie, był klasyczny świat grecko-rzymski. Dla Mommsena świat
Greków i Rzymian nie był li tylko historią, to znaczny martwą przeszłością,
przywróconą do życia dzięki historiograficznej anamnezie; był to jego świat –
miejsce, w którym mógł się poruszać, snuć myśli i smakować szczęście bycia
żywym i twórczym. Prawdę powiedziawszy, nie wiem, czy zawsze potrzebował
służącego, który by go odprowadzał do domu. Chyba nie. Jak większość twórczych
umysłów, prawdopodobnie żył w podwójnym świecie: w otoczeniu form i wartości,
których zrozumieniu poświęcił całe życie, i które to otoczenie odpowiada mniej
więcej „kosmicznie uładzonemu”, a zatem „uświęconemu” światu ludów pierwotnych,
i w drugim – codziennym, „świeckim”, w który – jak by powiedział Heidegger –
został „wrzucony”. Otóż, jak wszystko na to wskazuje Mommsen w latach swej
starości czuł się oderwany od świeckiej, nieistotnej, jawiącej się jako
absurdalna i koniec końców nieuporządkowana – przestrzeni współczesnego mu
Berlina. Jeśli w odniesieniu do świeckiej przestrzeni Berlina wolno mówić o amnezji
u Mommsena, to trzeba również przyjąć, że amnezję tę komplikowała mu
niewiarygodna wprost anamneza we wszystkim, co się tyczyło jego świata egzystencjalnego,
to znaczy klasycznego uniwersum grecko-rzymskiego. Mommsen jako starzec żył w
świecie archetypów.
Mircea Eliade „Okultyzm, czary, mody kulturalne. Eseje”
Przełożył Ireneusz Kania, Oficyna Literacka, Kraków 1992, rozdział II „Świat,
miasto, dom”, Wykład wygłoszony na Loyola Uniwersity, Chicago, w lutym 1970.
„Dom
schadzek”, powieść, której autorem jest francuski pisarz Alain Robbe-Grillet czytam od wielu,
wielu już lat. To książeczka nieduża, zarówno, jeśli chodzi o liczbę stron
(167), jak i format. Polskie wydanie ukazało się bardzo dawno temu, bo w 1967
roku i jeśli się nie mylę nikt później nie zdecydował się aby ponownie ją wydać
w naszym kraju. W 1967 roku wydawnictwo Czytelnik wydało ową powieść w serii
Nike - to były takie bardzo poręczne, małe książeczki, które można było
wygodnie schować do kieszeni płaszcza.
Czytam
„Dom schadzek” tak bardzo powoli, bo to bardzo „gęsta”, czy wręcz hipnotyzująca proza.
Nie ma tam specjalnie jakiejś wyraźnej fabuły, opisy przeplatają się między
sobą, zawiązują, plączą, jak jakieś węzły, które, gdy chociaż na chwilę stracimy uwagę, bardzo
trudno jest nam ze sobą powiązać. To literatura, którą należy smakować,
wczytywać się bardzo powoli, z namaszczeniem, podobnie, jak czyta się religijne
teksty. Jeśli nam się to uda to wówczas nasza wyobraźnia zaczyna pracować na
bardzo wysokich obrotach i nie tylko widzimy obrazy, sytuację, o których piszę
w swojej książce Robbe-Grillet, nie tylko czujemy zapachy, nasz wzrok rażony
jest feerią barw, ale wręcz czujemy, że tam jesteśmy, całkowicie i w pełni. To
niezwykle hipnotyzujące doświadczenie. I jeszcze coś. Ta literatura czasem
wprost, a czasem pośrednio, jakby w sposób niezauważalny wpływa na uczucia, na
naszą wrażliwość. Gdy czytam „Dom schadzek”, tak czytam ją prawie nieustannie,
z raz dłuższymi, a raz krótszymi przerwami, chociaż ma zaledwie 167 stron, to
nie mogę pozbyć się wrażenia, że autor wciąga mnie w jakąś otchłań, czytając
schodzę głębiej i głębiej i jednocześnie czuję paniczny lęk, że nie wszystko
zdołałem dostrzec, że gdzieś za rogiem kryje się drobny szczegół, jakiś
przedmiot, który ma niezwykłe znaczenie aby w pełni zrozumieć, co tak naprawdę
się tutaj dzieje.
No i ta
drobiazgowość opisów…
Dziewczyna
w letniej sukience pochyla się, aby zapiąć sandałek, spadające do przodu włosy
odsłaniają kark – delikatną skórę i jasny meszek; patrzę i wyobrażam ją sobie zmuszoną do uległości,
od razu nadmiernej. Wąska, spętana i przecięta z boku do uda spódnica elegantek
z Hongkongu pęka pod dotknięciem gwałtownej ręki, obnażającej nagle krągłe,
jędrne, gładkie, lśniące biodro i delikatnie zarysowane pośladki. Skórzany
pejcz w witrynie rymarza w Paryżu, wystawione na widok publiczny piersi
woskowych manekinów, afisz teatralny, reklama podwiązek czy perfum, dwie
wilgotne, rozchylone wargi, żelazna bransoleta, obroża – wszystko to tworzy
wokół mnie uparte, prowokujące tło.
Zwierzę
o lśniącej sierści, wyprężone na wyprostowanych łapach, idzie szybkim i pewnym
krokiem, z podniesionym łbem na wyciągniętej szyi, z lekko otwartym pyskiem i
nastawionymi uszami, jak pies policyjny, który zna cel wyprawy i nie musi
węszyć na prawo i lewo szukając drogi ani nawet wąchać gruntu, gdzie ślady
gubią się wśród śmieci i smrodu. Wytworne pantofelki na cieniutkich obcasach i
ze złotymi paskami skrzyżowanymi trzykrotnie na drobnych stopach. Obcisła
suknia marszczy się leciutko za każdym krokiem, tworząc drobniutkie ruchome
zakładki na biodrach i brzuchu; w blasku latarń sklepowych połyskliwy jedwab
mieni się tak samo jak ciemna sierść zwierzęcia, które kroczy - ciągnąc smycz -
o dwa metry naprzód; skórzany warkocz napina się w wyciągniętej ręce.
Książka
opowiada o tytułowym domu schadzek zwanym „Niebieską Willą”, która należy do niejakiej lady Awy.
Willa stanowi zaledwie punkt zaczepienia, bo wszystko inne: zdarzenia, postaci
są jedynie powiązane bardziej lub mniej z owym miejscem. Mamy do czynienia z
eleganckim towarzystwem z europejskich kolonii, wystawnymi przyjęciami,
spektaklami teatralnymi dla wybranych, ma miejsce tajemnicza śmierć, w sprawie
której policja prowadzi śledztwo, są w końcu piękne służące przechadzające się
z wielkim czarnym psem. Cała historia dzieje się w Hongkongu.
Alain
Robbe-Grillet urodził się, 18 sierpnia 1922 roku w Breście, zmarł 18 lutego
2008 roku w Caen. Z wykształcenia inżynier, ale przez całe życie pisał i robił
filmy. Debiutował scenariuszem do „Zeszłego roku w Marienbadzie” (1961) -
filmu, który uznano za jedno z arcydzieł
europejskiej kinematografii. Wyreżyserował także takie filmy, jak: „Nieśmiertelna” (1963),
„Trans-Europ-Express” (1966), „Człowiek, który kłamie” (1968), „Eden i później”
(1971), „Płynne stany rozkoszy” (1974), „Grę z ogniem” (1975) i „Piękna
niewolnica” (1983).
Podobnie,
jak: Nathalie Sarraute, Michela Butorr, czy Claude'a Simon Alain Robbe-Grillet
zaliczany jest do najważniejszych twórców nurtu literackiego określanego mianem nowej powieści (nouveau
roman).
Były to
powieści bez jednoznacznie ukierunkowanej fabuły, wyrazistych postaci, z
bohaterami trudnymi do określenia, często bezimiennymi. Zamiast jasnej,
zrozumiałej narracji ważniejsze były subiektywne odczucia, miraże, ulotne
wrażenia. Brak liniowej narracji oznaczał, że również czas ulegał zapętleniu, wręcz pocięciu na
drobne, nie powiązane ze sobą fragmenty, nie płynął w jednym ustalonym
kierunku. Autorzy często wykorzystywali także techniki kolażu. To, co wyróżnia
prozę Robbe-Grillet’a to jego sadomasochistyczne fantazje, voyeryzm i
kompulsywne skupianie się na rozmaitych fetyszach. Prócz „Domu schadzek”
napisał także takie powieści, jak: „Gumy” (1953), „Podglądacz” (1955),
„Żaluzja” (1957).
Alain
Robbe-Grillet nie tylko pisał o swych fantazjach, ale również realizował je w swoim życiu. Przez ponad
pięćdziesiąt lat jego żoną była Catherine Robbe-Grillet. Przez ten czas
tworzyli dość niekonwencjonalną parę. Ona była mu całkowicie uległa, godząc się
na bycie jego niewolnicą gotową na prawie każde jego skinienie, a jednocześnie
miała prawo do zupełnej swobody, jeśli chodzi o życie erotyczne.
Z czasem jej
preferencje uległy zmianie. Uległość zamieniła na dominację. Po śmierci męża
stała się najsłynniejszą dominą we Francji. Obecnie ma 93 lata i jeszcze do
niedawna organizowała w swoim zamku w Normandii tzw. Ceremonies,
sadomasochistyczne rytuały tylko dla wybranych.
Mieszka
naprzemienne w Paryżu lub Normandii z młodszą dużo od siebie kobietą, która zgodziła stać się jej
niewolnicą. Catherine Robbe-Grillet jest również autorką kilku powieści,
chociażby sadomasochistycznej „L’Image” (The Image), którą opublikowała w 1956
roku pod pseudonimem Jean de Berg. Powieść ta wywołała we Francji skandal.
„Dom
schadzek” – książka, której nie mogę skończyć czytać w obawie, że jeśli chociaż na moment
stracę uwagę to coś mi umknie, czegoś ważnego nie zauważę. Czy to świadomy
zabieg Alain Robbe-Grillet, czy może to jakaś projekcja skrywanego bardzo długo
mojego pragnienia, mojej obsesji aby pisać?